MOJA ROZMOWA Z BARDEM WOJTKIEM GĘSICKIM NA PORTALU PISARZE POLSCY

https://pisarzepolscy.pl/wiadomosci/pokaz/163,muzyka-jest-pierzynka-w-ktora-wtulaja-sie-slowa?fbclid=IwAR3Rlo8Ul3Ro0mWgqj8vVwMEQrs540jaNeQVufcyQV_vpVU-4f4PbCxWosU

Wywiad z bardem, Wojtkiem Gęsickim.

MUZYKA JEST PIERZYNKĄ, W KTÓRĄ WTULAJĄ SIĘ SŁOWA

Krzysztof Daukszewicz powiedział o nim: „Mało kto wnosi na scenę tyle ciepła, co Wojtek Gęsicki. W czasach drapieżnej muzyki, literatury i rzeczywistości, jego pojawienie się na estradzie z piosenkami, które śpiewa powoduje, że przez moment przenosimy się w świat nam bliski i przyjazny. Polecam.”

W 2021 r. miałam przyjemność prezentować swoje wiersze i anegdoty na wspólnych wieczorach muzyczno – literackich w Sępólnie Krajeńskim, Solcu Kujawskim i Łomiankach. Wojtek wystąpił podczas tych imprez w duecie z Martą Sosnowską, swoją partnerką życiową i sceniczną. Na pytanie czy łatwo być z bardem, Marta odpowiada: „Czy łatwo? Różnie bywa… Życie nie jest łatwe. Kiedy przychodzą problemy, wtedy każdy na swój sposób je przeżywa. Każdy ma odmienne zdanie, często dochodzi do sprzeczki. Nie można tu mówić o kłótni, gdyż nie potrafimy przechodzić obok siebie obojętnie, nie ma u nas „cichych dni”. Szybko dochodzimy do porozumienia. Ale przede wszystkim trzeba powiedzieć, że Wojtek to dobry, wrażliwy, ciepły, mądry, opiekuńczy i kochany facet, który dba o rodzinę. To nie tylko Bard. Potrafi dosłownie wszystko: gotuje, naprawia, buduje, przycina i… dużo by jeszcze wymieniać. Jest jedyny w swoim rodzaju i  uważam, że mam szczęście, że mam go obok siebie.”

Wojtek Gęsicki urodził się w 1967 r. w Makowie Mazowieckim. Mieszka w pobliżu Ciechanowa. Jest bardem, kompozytorem, konferansjerem, autorem tekstów i wykonawcą piosenek. Należy do Związku Autorów i Kompozytorów Polskich ZAKR. Współtworzył wraz z Markiem Piotrowskim program autorski na antenie Radia dla Ciebie „Śmiesznie i lirycznie”. Prowadził „Śpiewane Poezją” – autorski program na antenie lokalnej rozgłośni Radia Plus Ciechanów. Z Jackiem Goryńskim współtworzył autorską audycję „Piosenka z tekstem” na antenie lokalnego Katolickiego Radia Ciechanów, a z Jackiem Goryńskim i Markiem Piotrowskim  współtworzył na antenie tejże rozgłośni „Humorek na każdą porę”. Wystąpił w autorskim programie telewizyjnym Krzysztofa Daukszewicza „U Pana Krzysia” i w recitalu telewizyjnym w cyklu prowadzonym przez Piotra Bukartyka „Powrót bardów”.
Jest laureatem I Nagrody na Ogólnopolskim Przeglądzie Piosenki Autorskiej OPPA w Warszawie, I Nagrody na Spotkaniach Zamkowych „Śpiewajmy Poezję” w Olsztynie, II Nagrody na Studenckim Festiwalu Piosenki w Krakowie, tuż za zespołem Raz, Dwa, Trzy. Dwukrotnie był stypendystą Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego. W 2022 r. otrzymał Nagrodę Starosty Powiatu Ciechanowskiego.
Rozmawiamy we wrześniu 2022 r.
Maria Duszka: Jak Wojtek został bardem? Czy miałeś utalentowanych przodków, czy też jesteś wyjątkiem w rodzinie?
Wojtek Gęsicki:  Nikt nie parał się zawodowo takimi rzeczami, a mnie pewnie opętało coś od maleńkości, bo odkąd pamiętam ciągnęło mnie do pianina, na scenę i niczego innego nie potrafiłem sobie wyobrazić poza sceną. Odkąd zacząłem coś rozumieć, chciałem być aktorem. Miałem magnetofon kasetowy, na którym nagrywałem różne wierszyki i tak się bawiłem. Wtedy jeszcze istniało wychowanie muzyczne z prawdziwszego zdarzenia i wszyscy dorośli w domu znali nutki i mieli jakieś pojęcie o tym. W związku z tym uczono mnie nutek i… tak to jakoś kiełkowało.
– Czy jesteś samoukiem, czy uczyłeś się gry na gitarze w szkole muzycznej?
– Jestem samoukiem. Do szkoły muzycznej nie poszedłem, bo przestraszyłem się pani. Jestem ofiarą zbyt brutalnego traktowania kiełkującej wrażliwości (śmiech). A pierwszych akordów na gitarze nauczył mnie mój sąsiad – starszy kolega Wojtek Olszak. Pokazał mi …i poszło.
– Czy masz jakiś zawód wyuczony i czy pracowałeś w nim? Czy też od zawsze jesteś artystą?
– Jestem instruktorem teatralnym. Do szkoły teatralnej zdawałem, ale powiedziano mi, że mam zbyt słaby wzrok, żeby pracować na scenie wśród reflektorów. A poza tym, że jestem za wysoki. No i, jako ufny i łatwowierny, uwierzyłem w to wszystko i więcej nie zdawałem. Ale zacząłem jeździć na konkursy związane z piosenką literacką. Były sukcesy i postanowiłem zostać na scenie. Przez jakiś krótki czas pracowałem jako instruktor. Ale moje główne zajęcie, to śpiewanie. Pracowałem też w radiu, nagrywałem reklamy audio.
– Kiedy zacząłeś komponować, pisać teksty? Jakie były początki, inspiracje?
– Jako maluszkowi czytano mi różne bajeczki i wierszyki. Pierwszy tekst napisałem jak miałem pięć lat. Jeszcze zrobiłem muzykę do niego. Na takim malutkim dziecięcym syntezatorku.  Miałem taką nieodpartą chęć wypowiadania się na papierze. To pewno była taka moja terapeutyczna potrzeba. A wszystko zaczęło się od Pana Gałczyńskiego, gdzieś w połowie podstawówki. Jego gwiaździste, kolorowe wiersze podziałały na mnie inspirująco. Praktycznie cały czas coś pisałem: krótkie opowiadania, wiersze i teksty piosenek. Później zacząłem bawić się w pisanie monologów na scenę. Już w ogólniaku założyłem kabaret. Oczywiście posiłkowałem się tekstami obcymi, bo byłem zbyt nieśmiały, żeby przedstawiać swoje. Po prostu się wstydziłem. Dopiero będąc w Studium Kulturalno-Oświatowym w Ciechanowie odważyłem się na śpiewanie publiczne swoich rzeczy. Byłem raczej romantykiem. Po Gałczyńskim, którego znałem na wylot, przyszedł Norwid. Uwielbiałem uczyć się na pamięć i recytować jego wiersze. No i dalej cała poezja romantyczna, młodopolska. W takich klimatach mi się dorastało. Poezja współczesna w ogóle mnie nie ruszała… I oczywiście tutaj mówię tylko o słowie, bo słowo na mnie bardzo działa. Muzyka dla mnie jest tylko pierzynką, w którą te słowa się wtulają. Gdy słyszę jakiś utwór, gdzie słowo podporządkowane jest muzyce, to raczej to do mnie nie przemawia. Drażni mnie, kiedy muszę się wsłuchiwać w słowo, wiązać w głowie wątki, żeby zrozumieć, co wokalista chce mi powiedzieć. Bo ja na scenę wychodzę, żeby mówić. Mówić o sprawach  ważnych i mniej ważnych, ale mówić. Tym moim śpiewem – mówić.
– Ile utworów masz w swoim dorobku?
– Skomponowałem jakieś 250 piosenek i zrobiłem ponad 1000 kompozycji do reklam. A moich autorskich piosenek stworzyłem gdzieś około 180. Nie wiem dokładnie ile, bo nigdy  nie liczyłem. A też i mnóstwo ich przepadło, ponieważ na początku były to rzeczy pisane na maszynie, nagrywane na taśmach. To z biegiem czasu gdzieś ginęło. Komputer też okazał się narzędziem, które się psuło i trudno było to odtworzyć. Nigdy nie przykładałem wagi do archiwizacji, więc pewnie po latach zostanie po mnie tyle, ile jest na płytach i gdzieś w necie (śmiech).Tych wszystkich płyt, na których jestem jest chyba z kilkanaście. A takich solowych dziewięć.
– A kto był / jest Twoim muzycznym idolem?
– Mam dużo takich muzycznych idoli z kręgu naszej piosenki. Wielu ich jeszcze żyje, więc nie będę wymieniał, żeby nie pominąć kogoś, bo to może spowodować, że ktoś mnie przestanie lubić, a ja nie chcę …(śmiech) Ale te moje fascynacje zaczęły się jeszcze w dzieciństwie, gdy odsłuchiwałem na gramofonie muzyczne widokówki i duże czarne krążki. To był Marek Grechuta i Czerwone Gitary. No i jeszcze były piosenki Wojciecha Młynarskiego, ale muzycznie to nie był mój idol… Od tego zaczęła się cała magia. I to wszystko słuchane było od maleńkości.
– Jan Kazimierz Siwek, jest autorem „Piosenki dla drwala” – jednej z moich ulubionych. Jakie jeszcze inne piosenki z jego tekstem masz w swoim repertuarze?
– Jana Kazimierza śpiewam jeszcze „Balladę o niepoczytalnym bibliotekarzu”, „Niebajeczkę o dziewczynce z zapałkami”. No  i mam „Ślusarskie wersety” – cały czas w przygotowaniu.
– Do czyich utworów jeszcze komponowałeś muzykę?
– Śpiewam jeszcze teksty Jacka Goryńskiego i Krzysia Cezarego Buszmana. Zrobiłem też muzykę do utworów Krzysia Nowackiego, Marii Stańczak, Aleksandry Bacińskiej, Bolesława Leśmiana, Marka Andrzeja Grabowskiego. Kiedyś współpracowałem dużo z Markiem Januszem Piotrowskim –  napisaliśmy sporo piosenek, które są  na  DATach (dla niezorientowanych – to skrót od Digital Audio Tape – rodzaj taśmy magnetycznej) i kasetach. Aż szkoda, że to tak gdzieś leży i pierniczeje w szufladkach.
– Wykonujesz też utwory innych pieśniarzy…
– Mam zrobiony recital z piosenkami Grechuty, Wysockiego, Okudżawy. Jak wszyscy. Drugi recital z pieśniami Leonarda Cohena. No i kiedyś też odważyłem się na zrobienie piosenek Seweryna Krajewskiego… Ale też miałem i mam nadal recital z piosenkami biesiadnymi. Także tylko nie tańczę i nie śpiewam rocka.
– W Domu Kultury w Łomiankach organizujesz obecnie cykl imprez pod nazwą „Scena Zaułek”. Wcześniej współpracowałeś z innymi placówkami. Jaka jest idea tego cyklu wydarzeń?
– Wcześniej mieliśmy Scenę Zaułek w Teatrze Nowym w Warszawie, potem w Legionowie, potem w Modlinie, Kutnie, w Nowym Dworze Mazowieckim siedzieliśmy prawie 10 lat. No i Łomianki. A wszystko zaczęło się w Ciechanowie. Ta współpraca polega na tym, że z akordeonistą doktorem habilitowanym Rafałem Grząką jestem gospodarzem i zapraszam różnych wykonawców z kręgu piosenki literackiej i kabaretowej. Tak że każdy koncert jest inny. Długo by trwało, gdybym miał wymienić wszystkich, ale muszę dodać, że ty też tam byłaś i to był wyjątek, ponieważ poetów recytujących swoje wiersze nie zapraszam. To jest inny rodzaj spotkań. Ale wtedy był pomysł na wigilijny wieczór i było miło, i wszystko siedziało (śmiech). Uwielbiam tego typu spotkania i w takiej formie. Moi przyjaciele artystyczni, Marek Majewski i Antoni Muracki także organizują takie sceny i zapraszają mnie. To jest niesamowite, bo przychodzą na takie spotkania ludzie, którzy mają podobną wrażliwość i podobne oczekiwania. Gra się wtedy wyśmienicie.
– Od kilku lat na koncertach występujesz w duecie z Martą Sosnowską. Co możesz powiedzieć o jej roli w Twoim życiu?
– A to już wywiad dla Pudelka? (śmiech) Cokolwiek bym nie napisał, to będzie brzmiało głupio, infantylnie. Możemy razem śpiewać, kłócić się, gotować, murować, kłaść płytki, rąbać drewno, śmiać się, płakać… i jeździć na koncerty, To jest rola przez duże „R”. Marta mi mówi: „to jest głupie”. I wtedy myślę. Czasami się zgodzę, a czasami nie. I to jest piękne, że mam wybór.
– Czy łatwo być bardem?
– No nie jest łatwo. Gdybym jeszcze był rozpoznawalny jak Nohavica, to może byłoby łatwiej, ale dla wielu, wielu jestem nic nieznaczącą, przemijającą formą wołającą i proszącą o mgiełkę szacunku. Z jednej strony jest uwielbienie, a z drugiej totalna zlewka. To huśtanie ciągłe przez 30 lat nie wpływa na dobre samopoczucie. Powstają pytania: po co tu jestem, po co to robię, czy to ma sens? Do wyjścia na scenę. Na scenie łapię powietrze do następnego koncertu. A tych coraz mniej po pandemii. A to jedyne moje źródło utrzymania. I psychicznie i fizycznie życie staje się nie do zniesienia. Nigdy nie patrzyłem na stanowiska ludzi, na wykształcenie. Zawsze powtarzałem, że człowiek sam w sobie jest ogromną wartością. Bez względu na to, gdzie pracuje, co robi, czy stoi za nim korporacja, czy leżą za nim pieniądze. Każdy zasługuje na ten sam szacunek, uśmiech i dobre słowo. Nigdy nie przywiązywałem wagi do nagród, odznaczeń, medali. Chociaż dostawałem. Szedłem z podniesioną głową, bom człowiek. I chyba przegrałem… 
– Smutna refleksja… Jak brzmi nazwa miejscowości, w której mieszkasz? Czy to dobre miejsce do życia?
– Nazwa mojej miejscowości brzmi tak: Damięty – Narwoty i jest bardzo w centrum Polski – wszędzie mam blisko. Przeprowadziłem się tu parę lat temu. Wcześniej całe życie mieszkałem w Ciechanowie. Miałem w sobie jakieś pierwiastki patriotyzmu lokalnego. Był epizod, kiedy mieszkałem w Olsztynie, ale później wróciłem. Marzyło mi się, żeby moje miasto „oddychało” taką piosenką, którą uprawiam. I parę rzeczy udało mi się zrobić, ale przeszło i minęło. A mieszka się w Damiętach super. Jak na wakacjach. Las, las, pole, las… Spokojni ludzie. I tylko sielankę psują rachunki.
– Jakie masz plany na najbliższy czas?
– W październiku wystąpię na trzech imprezach: w Powiatowej Bibliotece Publicznej w Ciechanowie, w Nowodworskim Ośrodku Kultury w Nowym Dworze Mazowiecki oraz na koncercie w cyklu „Kabaretowa Scena Przyjaciół” Marka Majewskiego w Warszawie.
–  Życzę Ci jeszcze wielu pięknych i/lub zabawnych piosenek. I jak najwięcej koncertów. Dziękuję serdecznie za rozmowę.

autor: Maria Duszka 

MOJE WIERSZE NA UNIWERSYTECIE GEORGIA W STANACH ZJEDNOCZONYCH

Ach, te moje sny! 🙂 Ostatnio byłam… pilotem samolotu lecącego do USA. A okazuje się, że w realu to moje wiersze tam poleciały. I były prezentowane na kampusie Uniwersytetu Georgii i w okolicach Biblioteki Hrabstwa Gwinett w Norcross. W ramach projektu Polish Poetry at UGA – The poem of the day. Dziękuję bardzo, bardzo Darii Danucie Lisieckiej, inicjatorce tego wydarzenia. 

Tak ona je opisała:

„Poezja w podróży. Czym jest? Pomysłem, który zrodził się spontanicznie. Próbą umieszczenia autorów i ich poezji w nowej przestrzeni. Przejścia granicy geograficznej i granicy języka. Do walizki oprócz szczoteczki do zębów i paszportów wrzuciliśmy kilka tomików. Pomyślnie przeszły kontrolę 😉

Wiersze wędrowały i pojawiały się w różnych miejscach kampusu Uniwersytetu Georgii oraz w okolicach Biblioteki Hrabstwa Gwinett w Norcross.

W ramach projektu Polish Poetry at UGA – The poem of the day na tablicach czytelni i kawiarni uniwersyteckiej każdego dnia zapisywaliśmy inny wiersz. Utwory przedstawialiśmy w wersji polskiej i angielskiej (przekład miał charakter glossy).

Przerzuconymi  za Atlantyk autorami byli poeci związani ze środowiskiem „Białej Lokomotywy”

– Justyna Paluch – tomik „Infalia”

– Daria Danuta Lisiecka – tomik „Mgnienia”

– Enormi Stationis – tomik „Agharta”

– Maria Duszka – tomik „Freienwill”

– Tomasz Walczak – tomik „Fantasmagorie”

– Maria Znamierowska – tomik „Czeski jedwab”

– Karolina Sałdecka – tomik „Wieżowiec : zero”

– Mariusz Gajkowski – wiersz „Lipiec”

Maria Znamierowska Michał Głuszkowski

montaż: Jonasz Głuszkowski”

https://www.facebook.com/100086975179818/videos/3003864296578193