Warning: Undefined variable $show_stats in /home/platne/serwer244310/public_html/maria.duszka.pl/wp-content/plugins/stats/stats.php on line 1384

Nenufary z „Nocy i dni”

NENUFARY Z „NOCY I DNI”

Piorunów leży na granicy powiatu łaskiego i zduńskowolskiego, w odległości około 3 kilometrów od Kwiatkowic. Niewiele osób wie, że w tutejszym dworze powstawały fragmenty „Nocy i dni”. Właścicielem Piorunowa w okresie międzywojennym był Lucjan Niemyski. Jego ojciec Leon był fabrykantem i… socjalistą. Wydawał i współredagował tygodnik „Ogniwo”. Zaprzyjaźnił się wówczas ze Stanisławem Stempowskim, pisarzem, Wielkim Mistrzem polskiej loży masońskiej, późniejszym towarzyszem życia Marii Dąbrowskiej.
Po raz pierwszy pisarka przyjechała do Piorunowa 14 kwietnia 1927 r. Pod tą datą notuje w „Dzienniku”: „O pierwszej w południe wyjeżdżam z Paneńkiem (tak nazywała Stempowskiego – przyp. M.D.) i senatorem Posnerem do Piorunowa do pp. Niemyskich.” Pod koniec następnego roku Dąbrowska zapisała: „21 grudnia wyjechaliśmy ze Stachem do Piorunowa (…). Opracowałam tam czwartą redakcję pierwszych siedmiu rozdziałów mojej powieści. Ale to już chyba będzie redakcja ostateczna.” Ponownie przebywała tutaj jesienią 1933 r. „Rano o siódmej z panem Lucjanem w Woli Łoguckiej (powinno być Łobudzkiej – przyp. M.D.), gdzie młynkowano owies z łubinu. Młynkowałam sama przez pół godziny. Potem wróciliśmy do Piorunowa na śniadanie, a o dziewiątej pojechaliśmy do Szadku, gdzie ładowano owies do wagonów na dostawę dla wojska. Tym razem był z nami Maksencjusz, który pokazał mi w szadkowskim kościele bardzo ciekawe średniowieczne freski, odgrzebane świeżo spod tynku.” – zapisała 21 października. Podróżując do Szadku i z powrotem, pisarka uczyła się jeździć samochodem Niemyskiego. Choć nie obyło się po drodze bez kilku lekkich „wpadek”, wyprawa ta sprawiła jej dużą przyjemność. Dwa dni później zanotowała: „Dziś rano byłam przy drenowaniu podwórza (głównie o to drenowanie mi idzie, bo Bogumił ma drenować Serbinów) – następnie przy kopaniu marchwi pastewnej. Było zimno, ręce marzły przy robocie.”
Po raz ostatni pisarka była w Piorunowie tuż przed wybuchem wojny, w czerwcu 1939 r. W czasie okupacji Dąbrowska i Stempowski cierpieli biedę. Mieszkający wówczas w Podkowie Leśnej Niemyscy pomagali im ofiarowując żywność i węgiel. Z kolei po wojnie dawni właściciele Piorunowa znaleźli się w trudnej sytuacji i wtedy Dąbrowska wspomagała ich finansowo.
Dwór w Piorunowie do lat 70-tych zamieszkiwali pracownicy PGR-u. Potem został odrestaurowany i zorganizowano w nim ośrodek kolonijny sieradzkiej Komendy Wojewódzkiej Milicji Obywatelskiej. Od początku lat 9O-tych obiekt przechodził z rąk do rąk kilku kolejnych prywatnych właścicieli. (…)
Za dworem znajduje się staw, na którym każdego roku kwitną nenufary. Właściciel stawu twierdzi, że rosną tutaj od kiedy pamięta. Kto wie, może słynna scena z Toliboskim, zrywającym dla Basi nenufary, przyszła pisarce do głowy właśnie w Piorunowie…

Kalejdoskop 2002, nr 7-8 s. 29)

Wprawdzie jest to mój artykuł sprzed 9 lat, ale zamieszczam go, bo dotyczy moich stron rodzinnych. Cieszę się, że odkryłam ten temat czytając „Dzienniki ” Marii Dąbrowskiej.

 

A to kolejny, nieco dłuższy artykuł na ten sam temat, był zamieszczony chyba w piśmie „Region to my”:

MARIA DUSZKA

TAM JESZCZE KWITNĄ NENUFARY

     Każdy z nas ma jakieś centrum swojego świata, miejsce najbliższe jego sercu. Dla Marii Dąbrowskiej był nim Russów. Dla mnie  takim miejscem są okolice Piorunowa i Woli Łobudzkiej, gdzie bywała w okresie międzywojennym także Maria Dąbrowska. I gdzie powstawały m.in. fragmenty „Nocy i dni”. Każdy z czterech pobytów w moich rodzinnych stronach pisarka szczegółowo odnotowywała w swoich „Dziennikach”.         

     Piorunów leży w odległości około 20 km na zachód od Łodzi. Właścicielami tej wsi w okresie międzywojennym byli Barbara i Lucjan Niemyski. Ojciec Lucjana, Leon był fabrykantem i socjalistą. Wydawał i współredagował tygodnik „Ogniwo”. Zaprzyjaźnił się wówczas ze Stanisławem Stempowskim, pisarzem, wielkim mistrzem polskiej loży masońskiej, towarzyszem życia Marii Dąbrowskiej.
     Po raz pierwszy pisarka przyjechała do Piorunowa 14 kwietnia 1927 r. Pod tą datą notuje w „Dzienniku”: „O pierwszej w południe wyjeżdżam z Paneńkiem (tak nazywała Stempowskiego – przyp. M.D.) i senatorem Posnerem do Piorunowa do pp. Niemyskich.”

     Pod koniec następnego roku Dąbrowska zapisała: „21 grudnia wyjechaliśmy ze Stachnem do Piorunowa do Niemyskich. Podróż mieliśmy dobrą. Na wsi było przyjemnie. Cały czas swoją drogą pracowałam. Opracowałam tam czwartą redakcję pierwszych siedmiu rozdziałów mojej powieści. Ale to już chyba będzie redakcja ostateczna.” Oczywiście powieść, nad którą pisarka wówczas pracowała to „Noce i dnie”. Notatka ta jest uzupełniona fotografią wnętrza dworu w Piorunowie. Widoczni są na niej: Leon, Barbara i Lucjan Niemyscy, Maria Dąbrowska, Stanisław Stempowski i Stanisław Posner. Zwróćmy uwagę, że  bohaterom „Nocy i dni” Barbarze Niechcicowej i Lucjanowi Kociełłowi nadała pisarka imiona właścicieli Piorunowa.

     Ponownie Dąbrowska przebywała w Piorunowie jesienią 1933 r. W tomie II „Dzienników” pod datą 18 października czytamy: „Jestem od czterech dni w Piorunowie – cały czas na nogach, z panem Lucjanem jeżdżę autem, które nauczyłam się nawet trochę prowadzić. Byłam przy odstawie owsa i sama nakładałam go szuflą do wagonów na stacji towarowej w Zduńskiej Woli. Kopałam z ludźmi, a właściwie zbierałam buraki pastewne, byłam parę godzin przy orce piętrowej, przewracając skibę całkiem na wywrót, którym to sposobem Niemyski usiłuje ostatecznie zniszczyć perz. Asystowałam przy sprzedaży ryb ze stawów gospodarstwa rybnego i przy kupnie krowy”.

     Z kolei pod datą 21 października 1933 r. znajdujemy notatkę: „Rano o siódmej z panem Lucjanem w Woli Łoguckiej (powinno być Łobudzkiej – przyp. M.D.), gdzie młynkowano owies z łubinu. Młynkowałam sama przez pół godziny. Potem wróciliśmy do Piorunowa na śniadanie, a o dziewiątej pojechaliśmy do Szadku, gdzie ładowano owies do wagonów na dostawę dla wojska. Tym razem był z nami Maksencjusz, który pokazał mi w szadkowskim kościele bardzo ciekawe średniowieczne freski, odgrzebane świeżo spod tynku.”  Przy okazji pisarka uczyła się jeździć samochodem Niemyskiego: „W drodze do Szadku i z powrotem po raz drugi prowadziłam pod kierunkiem pana Lucjana auto. Zrobiłam jakie 40 km po różnych drogach i dróżkach i miałam trzy wypadki. Raz w Bąkach, wjeżdżając na podwórze zawadziłam (nieszkodliwie) o kamień, drugi raz pod Wolą Łobudzką przy  wjeździe na gładką szosę auto mi zarzuciło, trzeci raz przy skręcie z Woli na Piorunów znów zawadziłam o kamień. Poza tym nieźle, choć jeszcze nie dość sprawnie koordynuję ruchy rąk i nóg – nie umiem też ruszyć z miejsca bez szarpnięcia.”

     Dwa dni później zanotowała: „Dziś rano byłam przy drenowaniu podwórza (głównie o to drenowanie mi idzie, bo Bogumił ma drenować Serbinów) – następnie przy kopaniu marchwi pastewnej. Było zimno, ręce marzły przy robocie.”
     Po raz ostatni Dąbrowska odwiedziła Piorunów w 1939 r. 16 czerwca pisarka notuje: „Rano zimno i szaro, potem robi się upał i piękna pogoda. Nad wieczorem nadciąga burza z niezwykłymi piorunami w chmurach. Wypełłam pół zagona cebuli. Kraśnik namalował pięknie chatę w Przyrownicy. Stanisław skończył swoją pracę uporządkowania resztek dokumentów byłej masonerii.”

     A potem nadeszła wojna. W czasie okupacji Dąbrowska i Stempowski cierpieli biedę. Mieszkający wówczas w Podkowie Leśnej Niemyscy pomagali im ofiarowując żywność i węgiel. Z kolei po wojnie dawni właściciele Piorunowa znaleźli się w trudnej sytuacji i wtedy Dąbrowska wspomagała ich finansowo.

     W okresie komunizmu w piorunowskim dworze zamieszkiwali pracownicy PGR-u. Obecnie ten pięknie położony w zabytkowym parku obiekt jest wyremontowany, mieści się w nim hotel i restauracja. Organizowane są w tutaj konferencje i uroczystości rodzinne. Za dworem znajduje się staw, na którym każdego roku kwitną nenufary. Właściciel stawu twierdzi, że rosną tutaj od kiedy pamięta. Kto wie, może słynna scena z Toliboskim zrywającym dla Basi nenufary, przyszła pisarce do głowy właśnie w Piorunowie…

MARIA DUSZKA

NIETAKT ?

„Rzucając mi ciągle  / kłody  pod nogi / nawet nie wiesz / że buduję z nich most  / by przejść / na drugą stronę”.   Ten pełen stoickiej mądrości utwór może dawać nam pociechę i siłę w chwilach, gdy bardzo dokuczą nam bliźni. Jego autorką jest Magdalena Majoch. Wiersz ten został zamieszczony w antologii p.t. „Zetknięcia : linia, słowo, plama” wydanej w ubiegłym roku przez Zgierską Grupę Poetycką „Nietakt” oraz plastyków należących  do Stowarzyszenia „Młyn”. Każdy z poetów opublikował  w niej  jeden utwór.
Książkę opracowała plastycznie i ręcznie kleiła Gabriela Nawrot.Ta unikalna publikacja ukazała się w nakładzie zaledwie 40 egzemplarzy.
Zgierska Grupa Poetycka „Nietakt” działa w Miejskim Ośrodku Kultury. Jej pierwsze spotkanie odbyło się 14 grudnia 2001 r. Istnieje więc już pięć lat. Jej opiekunem jest nauczyciel matematyki w jednej ze zgierskich szkół, Krzysztof Sołtysiak. Gdy pytam, co łączy jego profesję z literaturą, odpowiada: „Precyzja sformułowań liczy się zarówno                 w matematyce jak i w poezji.”
Krzysztof Sołtysiak pisze wiersze od wielu lat ale do tej pory nie wydał ich w tomiku. A szkoda – bo bardzo wyróżniają się na tle współczesnej poezji. Jakże wielu z nas mogłoby odnaleźć własne doświadczenia i przemyślenia choćby w wierszu p.t. „Rodowód”. Poeta pisze w nim o samotnym szukaniu odpowiedzi na najważniejsze, odwieczne pytania, o własnej słabości i sile. I o powściągliwości, którą wyraża w takim oto dwuwersie:
„Lecz nie dręczyłem ludzi niepokojem
i nie pozwoliłem się rozdeptać światu”
Pomysłodawcą  logo i nazwy grupy jest Łukasz Sibirski. Lubi zabawę słowem i skrót myśłowy. Zapewne dlatego studiuje reklamę. Jest laureatem wyróżnienia w polskich eliminacjach europejskiego konkursu na logo Stowarzyszenia Misji Afrykańskich. Literacko inspiruje go pełna buntu twórczość amerykańskiego rapera Tupaca Shakura a także obrazy Zdzisława Beksińskiego. Wiersze pisze od pięciu lat.
Agata Grykien jest osobą o iście renesansowych zainteresowaniach i uzdolnieniach, Pewnie dlatego wybrała najbardziej „ogólnokształcący” kierunek studiów – kulturoznawstwo. Kilka lat temu zdobyła II miejsce w konkursie organizowanym przez zgierskie LO. Będąc jeszcze w liceum wspólnie z koleżanką  założyła koło teatralne. Jest też uzdolniona plastycznie, zastanawia się czy nie rozpocząć studiów na ASP.  Uwielbia brzmienie gitary (od klasycznego do rockowego) oraz skrzypiec. Chciałaby się nauczyć grać na którymś z tych instrumentów. Lubi słuchać melodii z mądrym tekstem. Bardzo podoba jej się głos Piotra Roguckiego, wokalisty zespołu „Coma”. Chciałaby też jeździć konno i nauczyć się języka hiszpańskiego. Podoba jej się twórczość Leśmiana, Baczyńskiego i Wojaczka. O czym pisze?             „W moich wierszach przede wszystkim na przemian kłócę i godzę się z Bogiem”. – mówi Agata. Ma około 20 dopracowanych własnych utworów. Nie czuje jednak potrzeby prezentowania ich nigdzie poza spotkaniami grupy.
Natomiast Marika Gołębczyk bardzo chciałaby już wydać swój tomik. Jest studentką anglistyki na UŁ. Interesuje ją historia sztuki. Pisze wiersze i prozę. Jest laureatką wyróżnień w TJW „Stachura – pozostałym” w Zgierzu oraz VII Wojewódzkiego Konkursu Poetyckiego im. K.K. Baczyńskiego w Ozorkowie. Lubi twórczość poetów współczesnych: Adama Wiedemanna, Pawła Lekszyckiego, Piotra Macierzyńskiego, a z klasyków Leśmiana i Gombrowicza.
Poezję współczesną ceni również Kamil Wojciechowski. Sam zaczynał od pisania wierszy na zamówienie. Zdobył wyróżnienia w konkursie im. Zbigniewa Dominiaka w Łodzi oraz dwukrotnie  – w TJW „O wieczne pióro twórcy” organizowanym przez Konstantynowski Klub Literacki „Constans”. Ma już za sobą chrzest bojowy jakim dla każdego młodego poety jest spotkanie autorskie w grupie literackiej „Centauro”. Studiuje informatykę na Politechnice Łódzkiej. Ma własną stronę internetową: www.bazgroly.info, na której można przeczytać jego wiersze. Planuje wydanie debiutanckiego tomiku p.t. „Pochodna po czasie”.
Do grupy należy m.in. również Andrzej Brzozowski znany w łódzkim środowisku literackim ze swobodnej, aktorskiej interpretacji swoich wierszy. Oraz Krystyna Mamińska, której utwory ma w swoim repertuarze wykonujący poezję śpiewaną zespół „Dwa tygodnie”.
W najbliższym czasie ukaże się kolejna książka wydana przez Zgierską Grupę Poetycką „Nietakt”oraz Stowarzyszenie „Młyn”. Przygotowywana jest również obszerna antologia, w której znajdzie się po kilkanaście utworów 16 poetów związanych z grupą.

(Artykuł zamieszczony w łódzkim  „Kalejdoskopie” w 2006 r.)

Maria Duszka

NIEKTÓRE SŁOWA IDĄ DO NIEBA

(Recenzja tomiku Izy Iwańczuk p.t. „Lunatycy”)

„Jak niewiele jest ludzi i jak nie ma ich prawie
Pragnących się o b j a w i ć!… „- pisał Norwid w wierszu p.t. „Kółko”
Wydaje się, że jest to motto wielu współczesnych poetów, którzy boją się odkryć, „objawić”. Nie potrafią lub nie chcą mówić o swoich uczuciach, zwłaszcza o miłości. Jeśli już, to mówią o niej stłumionym głosem, nieśmiałym szeptem. Albo piszą o uczuciach zranionych, podeptanych. Co ciekawe, częściej ostatnio zdarza mi się czytać wiersze o takiej tematyce pisane przez mężczyzn.
Izabela Iwańczuk mieszka w Słupsku. Jest autorką trzech tomików wierszy: „Róża frasobliwa”, „Koperta bieli” i „Lunatycy”. Ostatnia z tych książek ukazała się w 2008 r. w krakowskiej „Miniaturze”. Wcześniej była wyróżniona na X Ogólnopolskim Konkursie Literackim im. Leopolda Staffa w Starachowicach i Skarżysku – Kamiennej w kategorii: propozycja tomiku poetyckiego.
„Lunatycy” to zbiór pięknych, niebanalnych erotyków. Podobnych wierszy w polskiej poezji współczesnej jest niewiele.
Słupska poetka odważnie pisze o swoich emocjach, o uczuciach właśnie rozkwitających. O chwilach, które zdarzają się bardzo rzadko – ale zostawiają ślad na całe życie.
Zanim przyjdzie miłość, pojawia się jej przeczucie:
„nie było ciebie tam gdzie
niewinność wzeszła promieniami lipca
(…) wszystko pachniało niebem lecz
nie było tam ciebie szedłeś
do mnie nie dotykając ziemi”
pisze Izabela Iwańczuk

A w wierszu  o incipicie „xxx noc tutaj krótsza” znajdujemy taki oto fragment:
„(…) chodź roztopimy wszystkie lodowce

może to dzięki nam ocaleje
ślepo płynący jak titanic czas”

Wiersz p.t. „Wszystko płynie” kończy się słowami:
„dokonało się
nie wyjdziemy z tej rzeki
po raz drugi”

Zakochani w sobie lunatycy, dla których noc jest za krótka, proszą:
„Boże
oddal od nas gwiazdozbiór dnia”

Oczywiście, można opisywać w wierszach nijakość, brzydotę i brutalność świata. Świat nie stanie się przez to piękniejszy ani lepszy. Izabela Iwańczuk proponuje inną drogę:
„(…)próbujemy wszystko
przekładać na miłość
jedyny język jaki powinniśmy znać”

Zakochani są bezbronni. Poetka mówi o tym w utworze p.t. „Msza o zachodzie slońca” :
„wino i krew
płomienne oddechy świec
narodziny wiary
nasze ciepłe umieranie
nie umiemy nic
tylko się rozpłakać(…)”

Poeta musi być w każdej chwili gotowy na przyjęcie rodzącego się wiersza. I na pracę nad nim.  Proces tworzenia wymaga, wbrew pozorom, przytomności umysłu, precyzji, zręczności.  Twórca jest cały zanurzony w wierszu, a jednocześnie musi widzieć go z zewnątrz, poczuć się jak jego odbiorca.  Prawie każdy poeta ma w swoim dorobku co najmniej kilka wierszy poświęconych twórczości literackiej. Marika Kmieć z Sieradza napisała:

x  x  x
czasami
wpadają do mnie wiersze
z niezapowiedzianą wizytą

Izabela Iwańczuk rozwija tę myśl w utworze p.t. „Dom poety”:
„Bez zapowiedzi (…)
odwiedzają pulsujące pięknem
żywe kwiaty słów(…)
poeta zaprasza
do środka pozwala im się
rozgościć sam zaś siada blisko
pieca czy kominka przy kowadle
jak przy stole i zaraz
sięga po swój wysłużony młot
bo wie że gwiazdy wierszy
dobrze jest kuć póki gorące”

W wierszu „Modlitwa poety” autorka pisze:
„nie czytaj mi tego wiersza
Ojcze który każdego przyjmujesz
przygarnij mnie i wysłuchaj
zapomnij się mój dobry Boże

wymieńmy się raz księżycami słów ”

Nie poczytaj mi za złe tego wiersza, Boże. Nie miej mi za złe mojego życia, które może i czasem jest grzeszne ale niełatwe, okupione cierpieniem. Wymagające trwania gdzieś między niebem a Ziemią.

ARTYKUŁ O KRAKOWSKIM KWARTALNIKU „FRAGILE”

Maria Duszka

SŁUCHANIE ŚWIATA

„FRAGILE/ OSTROŻNIE SZKŁO, nie rzucać!
Na poczcie tak podpisana paczka zwiastuje bardzo delikatny, kruchy przedmiot. Tym razem taśmą FRAGILE obklejamy pismo kulturalne. Mamy nadzieję, że i tutaj etykieta FRAGILE, dopominająca się o traktowanie zawartości z uwagą, znajdzie uzasadnienie. Interesuje nas przede wszystkim współczesna literatura, sztuka, muzyka, a także teatr, film i archeologia.” – czytamy w liście od redakcji krakowskiego kwartalnika „Fragile”.
Pismo jest bardzo młode, ukazuje się od 2008 r. Jego wydawcą jest Śródmiejski Ośrodek Kultury w Krakowie.  Redaktorką naczelną jest Anna   Gregorczyk. Zespół redakcyjny tworzą: Tomasz Gregorczyk, Marek Górka, Agnieszka Kwiecień, Agnieszka Marek, Radosław Palonka i Janusz M. Paluch. Współpracownicy to: Alexandra Hołownia, Magdalena Jankosz, Anna Kapusta, Małgorzata Lebda i Marta Lisok. Kolejne numery pisma poświęcone były takim oto tematom wiodącym:  tabu, nowe technologie, fanatyzm, luksus, podróż, uwodzenie, okrucieństwo, żart, eko i święto. Pierwszy tegoroczny numer poświęcony będzie kolekcjonerstwu.
„Czym „Fragile” różni się od innych pism kulturalnych? Już sam wybór tytułu przez zespół redakcyjny świadczy o wysublimowanych, delikatnych gustach i celach. Należy mieć nadzieję, że elitarność tytułu nie stworzy dystansu w kontaktach z szerszym kręgiem odbiorców. Lektura tekstów nie zdradza tego. Innym wyróżnikiem wydaje się zestaw autorów. To ludzie młodzi, o wysokich kompetencjach zawodowych, ze świeżością spojrzenia, sprawnie, interesująco dzielący się z odbiorcą swymi spostrzeżeniami i doznaniami. Co mogę doradzić? Dla mnie, jako historyka sztuki, interesujące artystycznie dzieła sztuki winny mieć akcenty, czasem drobne, ale istotne, np. jasna plamka w oku namalowanej postaci. „Fragile” jako również owoc pracy twórczej niechaj dba o takie akcenty.” – pisze w opinii opublikowanej na stronie internetowej kwartalnika dr hab. Kazimierz Kuczman.
A oto jak o jednym z pierwszych numerów pisma wypowiedział się profesor Stanisław Stabro: „Temat tego ambitnie pomyślanego numeru to „Nowe technologie” w dziedzinie literatury, sztuki, muzyki, teatru i archeologii. Głównym hasłem jest „intermedialność”, interpretowana przez autorów poszczególnych publikacji w zróżnicowanych kontekstach. Dotyczy to także pojęcia „dzieła”, „artefaktu”, „autora”, „nadawcy”, „odbiorcy”. (…) Redakcyjny i redaktorski warstat „Fragile” nie budzi żadnych zastrzeżeń.”
Z kolei dr hab. Maria Hussakowska stwierdziła: „Pismo w bardzo znaczący sposób wzbogaca obraz młodej sztuki i młodej krytyki wywodzącej się na ogół spośród absolwentów i pracowników Uniwersytetu Jagiellońskiego.”
W numerze poświęconym świętowaniu znajdujemy m.in. esej p.t. „Uczta w pozycji leżącej” Krzysztofa Siatki.  „Ludzki sen, podobnie jak święto, nie jest tylko czasem biernego odpoczynku, przeszkodą w biegu. We śnie podobnie jak w czasie świętowania, człowiek kontaktuje się z mitami własnej grupy.” Śpiąc nawiązujemu łączność z głębokimi pokładami naszej świadomości. Sny ostrzegają nas i ukierunkowują, są źródłem naszej mądrości, roztropności.  Autor kończy jednak artykuł ponurą wizją:  „Pewnie wiele zmieni się w hipotetycznej przyszłości, kiedy będziemy dysponować aparaturą do rejestracji snów i ich zapisy gromadzone będą na twardych dyskach, aby poźniej rozmawiać o nich u psychoanalityka.” Nie wiem czy ktokolwiek z nas chciałby dożyć takich czasów.
„Żart” jest tematem numeru 2 z 2010 r.  Znajdujemy tu m.in. niezwykle interesujący wywiad z Tymonem Tymańskim. „Bądźmy  błaznem, trefnisiem, sowizdrzałem, filozofem, kompozytorem muzyki klasycznej jednego dnia, a happenerem drugiego. Róbmy to tak systematycznie i pracowicie, że staniemy się takimi dziesięcioboistami kultury współczesnej” – artykułuje swój program znany muzyk.  Absolutnie zgadzam się  z nim, gdy mówi: „Ale zawsze uważałem, że humor, groteska, absurd to domena ludzi inteligentnych. Poczucie humoru jest ważką częścią intelektu. Jeżeli go nie masz, to trudno nazwać cię inteligentnym. (…) Im bardziej szalone i absurdalne poczucie humoru, tym większej inteligencji wymaga.”
W numerze 3 z 2010 r. wypełnionym tematyką ekologiczną znajdujemy m.in. artykuł PiotraTkacza p.t. „Przestrzeń jako system wibracji – słuchanie świata Toshiyi Tsunody” poświęcony twórczości, japońskego artysty dźwiękowego. Nagrywa on, a następnie wydaje na płytach odgłosy otaczającego go świata. Nie ingeruje w nagrania, niekiedy tylko lekko je reżyseruje, np. umieszczając mikrofon wewnątrz butelki. „Chciałbym zasugerować, abyśmy postrzegali przestrzeń jako system wibracji.” – proponuje Tsunoda.
Kruchy, delikatny, łamliwy… Jak człowiek. Ale człowiek w tym świecie, który sobie stworzył  raczej powinien być strong. Nie przyznawać się do kruchości. To przekonanie przenika to także do kultury, która kiedyś była sferą chroniącą i przechowującą, to, co w nas najlepsze. Dziś  widz – słuchacz – odbiorca musi być nokautowany przez sztukę – tak przynajmniej uważa większość twórców i krytyków. Dobrze, że są jeszcze tacy, którzy stają po stronie delikatności. Zapewne nieprzypadkowo w Krakowie – mieście konserwatywnym, w najlepszym tego słowa znaczeniu – powstało”Fragile”.

Bo tyle naszego co w nas

Recenzja książki Ity Turowicz p.t. „I wszystko w  sny odchodzi” ukazała się na łamach kwartalnika kulturalnego „Siódma Prowincja” (2010,  nr 1-4  s. 41-43) oraz na stronie internetowej Sieradz-Praga.

Ita Turowicz „I wszystko w sny odchodzi”

BO TYLE NASZEGO – CO W NAS

napisał pod koniec lat sześćdziesiątych, w liście do siostry Ity, Jan Turowicz.

Dla każdego człowieka miejsce, w którym spędził dzieciństwo, pozostaje centrum jego świata. Dla pani Ity Turowicz tym miejscem jest Sieradz. Wyjechała stąd na studia polonistyczne do Łodzi, a potem dziennikarskie do Warszawy. Choć na stałe osiadła w stolicy, jednak sercem na zawsze pozostała w nadwarciańskim grodzie.

W ciągu ostatnich kilku lat zredagowała już dwie książki związane tematycznie z tym miastem: Kronikę okupacyjną klasztoru sióstr urszulanek w Sieradzu oraz biografię Marii Melowej pt. „Sieradzanka z Kołomyi”. Teraz wydała własne wspomnienia pt. „I wszystko w sny odchodzi: Memuar sieradzki”. Tytuł został zaczerpnięty z wiersza Artura Międzyrzeckiego pt. „Never more” (utwór ten podarował autorce 50 lat temu jej kolega od czasów przedszkolnych, Stanisław Balbus, wówczas student polonistyki na Uniwersytecie Jagiellońskim). Cóż, mają swoje losy książki, mają je i wiersze.

Ktoś powiedział: „Szczęśliwe miasta, które mają swoich poetów”. W rodzinie Turowiczów wiersze pisali bracia Jan i Jerzy (obaj zmarli młodo), a także pani Ita. Nic więc dziwnego, że powstała pełna realiów, konkretów, ale zarazem też pełna ciepła i miłości, owiana mgiełką poezji, książka.

Promocja memuaru zorganizowana została 30 czerwca br. przez Powiatową Bibliotekę Publiczną w Sieradzu. Przybyło na nią około 150 gości. Pani Ita przyznała na spotkaniu, że chyba początkiem tej książki był dziennik prowadzony przez nią we wczesnej młodości – pewnie już wtedy miała świadomość, że „Z rzeczywistości pozostaje to, co zapisane” (jak powiedziała Miriam Cendrars). Przechowała też wiele fotografii, pocztówek, listów, rysunków, wierszy i innych materiałów dokumentujących jej własne życie, a także życie bliskich i znajomych. Są fragmenty poświęcone Antoniemu Cierplikowskiemu, Aremu Szternfeldowi, rodzinom Starowiczów, Lipińskich, Modelskich, Nehringów, Nawrockich, Melów, Grobelnych i wielu innych. Autorka podaje mnóstwo nieznanych do tej pory faktów, opowiada o dramatycznych, często wręcz tragicznych losach wielu sieradzan.

Czasem jednak również uśmiecha się do wspomnień. Na przykład gdy opisuje przedszkole sióstr urszulanek, do którego uczęszczała tuż po wojnie. Ponieważ nie było wówczas papieru, jako materiały rysunkowe wykorzystywane były poniemieckie kartki żywnościowe. Ita Turowicz wspomina z humorem: „Rysowaliśmy na odwrocie tych kartek, zgodnie z pierwszymi poruszeniami wyobraźni, różne pocieszne postacie (ja najchętniej rysowałam domy i słońca, a także anioły, szopki i chłopców na łyżwach, które z podpisami maminymi zachowały się do dziś; najbardziej tajemniczy rysunek nosi podpis: „Diabeł wchodzi na głowę pana w samochodzie”).

Interesująca, wciąż niewyjaśniona jest zagadka historyczna związana z reportażem fotograficznym, którego autorem był niemiecki farmaceuta pochodzący z Finlandii, Walfried Freudenfeld. Zdjęcia przedstawiają exodus Żydów z Sieradza; na podstawie pewnych szczegółów ustalono, że działo się to w kwietniu 1942. A wiadomo z innych źródeł, że Żydzi z sieradzkiego getta ostatecznie zostali wywiezieni w sierpniu 1942 roku. I dlaczego Niemiec zostawił te zdjęcia w biurku aptecznym – celowo czy przez przypadek?

Inna interesująca historia wiąże się z odbudową po wojnie drewnianego kościoła pod wezwaniem św. Ducha. Świątynia została wybudowana w 1416 roku. W połowie XIX wieku przeniesiono ją z okolic starego szpitala na cmentarz. Po II wojnie światowej kościółek był bardzo zniszczony i wymagał gruntownej renowacji. Ksiądz Apolinary Leśniewski bezskutecznie zabiegał o pomoc u ówczesnej administracji miasta. Ostatecznie jedyną szansą okazało się życzliwe podejście władz więzienia. Jednym z osadzonych tu jeńców wojennych był niemiecki inżynier o nazwisku Hauser. Podjął się on renowacji zabytkowej budowli. Prace poszły błyskawicznie i już na Wszystkich Świętych 1945 roku zostały zakończone.

Nie mogło też zabraknąć wspomnień o Aptece Staromiejskiej, którą w roku 1938 nabyli i z którą związali swój los rodzice pani Ity. Wanda i Stefan Turowiczowie przeprowadzili się tutaj z Warszawy. Wkrótce wybuchła wojna, po jej zakończeniu, jako prywatnym właścicielom, również nie było im łatwo. Pozostali jednak w pamięci sieradzan jako wspaniali, skromni, pracowici, życzliwi ludzie. W latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku władze łódzkiego Cefarmu wymusiły na nich wymianę starego, zabytkowego wyposażenia apteki na nowoczesne. Przez wiele lat piękne, dębowe meble były przerzucane z miejsca na miejsce. Dopiero w 2002 roku dyrektor Czesław Rutkowski przeznaczył na nie jedną z największych sal Muzeum Okręgowego. Oczywiście pani Ita uczestniczyła w otwarciu tej stałej ekspozycji. Wyraziła swoją wdzięczność wszystkim, którzy przyczynili się do ocalenia i odtworzenia tak bliskiego jej wnętrza. Wspominała jednak również o tym, czego nie da się przywrócić: „Apteka miała swój zapach. Naprawdę apteki nie pachniały kosmetykami, jak dziś. To był zapach szczególny, czy ja wiem – ziół, mięty, waleriany czy czego tam jeszcze – mnie osobiście bardzo bliski, taki rodzinny od najwcześniejszego dzieciństwa, gdyśmy z trójką rodzeństwa biegali po aptecznym zapleczu”.

W jednym z ostatnich akapitów książki tak nostalgicznie wspomina autorka atmosferę domu rodzinnego: „Spokój serca, słodycz czasu niezmiennego, znanej, na zawsze wdrukowanej w serce scenerii mieszkania, głosu, którego samo brzmienie zapewnia o doznawanej od dzieciństwa miłości. Więc jest coś takiego? Takie szczęście? A jednocześnie gdzieś w tym kryje się, skrada podstępnie, niby jeszcze daleko, ale coraz bliżej, włochate jak pająk poczucie nadciągającego końca. Końca tego złotego, spokojnego – wypełnionego słodyczą nienaruszalności – świata”. Dalej autorka cytuje przedwojenne wspomnienia Beaty Obertyńskiej o podobnym wydźwięku: „I dojmująca świadomość, że to symptomy odchodzącego świata, świata, który odejdzie, by nigdy już nie wrócić. Niby nikt tego głośno nie mówi, ale to wibruje w powietrzu, czai się w nagłym ściśnięciu serca, zakłóca odbieranie urody chwili. A może ją potęguje? Świadomość, że przemija? Że musi przeminąć? Chociaż na razie nic tej trwającej słodyczy nie może odebrać. Ona trwa, wypełnia serce, mówi do serca, nie można jej zaprzeczyć”.

Obecny na promocji profesor Stanisław Balbus wyraził zdziwienie tym, że książka tak mocno podziałała na niego, obudziła wspomnienia i miłość do miasta dzieciństwa i wczesnej młodości. „Nie wiedziałem, że to we mnie jest. Nie ja czytałem tę książkę, lecz ona mnie czytała ” – powiedział. Wyraził też nadzieję, że memuar Ity Turowicz „wywoła” następne tego typu wydawnictwa.

A może sam profesor Balbus zechce się zmierzyć z tym tematem? W trakcie kuluarowej rozmowy opowiedział nam kilka barwnych anegdot z okresu swojego dzieciństwa; okazało się, że ma mnóstwo ciekawych wspomnień. Gdyby tylko zechciał je spisać…

Przedruk tekstu opublikowanego na łamach czasopisma „Siódma Prowincja”, nr 1-4 z 2010 r.

W numerze  3/2011 Kalejdoskopu – magazynu kulturalnego Łodzi i regionu łódzkiego ukazał się mój artykuł o Agnieszce Jarzębowskiej

OD LIRYKI DO SATYRY

Niedaleko pada jabłko od jabłoni.

MATKA

HOJNI
Są tacy, którzy myślą tylko o tym,
by innym coś dać… do roboty.

To jedna spośród dwustu fraszek zamieszczonych w zbiorze p.t. „Uśmiechy i uśmieszki”, który ukazał się  właśnie w wydawnictwie”Regiony”. Autorką książki jest sieradzanka, jak podkreśla z dumą – z dziada pradziada, Agnieszka Jarzębowska.
Wiersze liryczne zaczęła pisać w klasie maturalnej. Debiutowała będąc studentką filologii rosyjskiej na Uniwersytecie Łódzkim na łamach „Dziennika Akademickiego”. To było w 1981 r. Potem na długi czas porzuciła pisanie, oddając się życiu rodzinnemu i pracy zawodowej. Kilka lat temu wróciła do literatury. Odkryła w sobie jednak talent satyryczny. „Kiedyś bardzo lubiłam czytać fraszki i aforyzmy. Te najciekawsze notowałam nawet w specjalnym zeszycie.  Nie przeczuwałam jednak, że kiedyś zacznę sama tworzyć tego rodzaju literaturę.”- mówi Agnieszka Jarzębowska.
„Uśmiechy i uśmieszki” zostały podzielone na dziewięć tematycznych rozdziałów. Znajdziemy tutaj więc m.in.: „Charakterki”, „Frustratki” „Profesjonałki”,”Prowincjonałki sieradzkie”, „Belfernię” i „Politykiernię” . W pierwszym z rozdziałów spotykamy m.in. takie oto konstatacje:

KARIEROWICZ
Idzie jak taran,
choć… baran.

NA NAGRODZONEGO
Nagrodzili za zasługi.
Korowód zawistnych ustawił się długi.

WYZNANIA WĄTROBY
Byłam dziarska,
jestem marska.

PANTOFLARZ OKAZJONALNY
Lubi sobie czasem
pobyć pod obcasem.

Zbiór fraszek spotyka się z dużym zainteresowaniem i bardzo żywym odbiorem ze strony czytelników. Teraz namawiają oni Agnieszkę aby zechciała wydać także swoje wiersze liryczne. Niektóre leżą w szufladzie ponad  trzydzieści lat, nie zestarzały się jednak. A wciąż powstają nowe. Agnieszka jest stałą bywalczynią wernisaży plastycznych, spektakli teatralnych, koncertów muzycznych i wieczorów literackich.  Wrażenia wyniesione z każdej z tych imprez mogą stać się tematem jej twórczości. Tak powstał m.in. utwór p.t. „O koncercie Hopkinsona Smitha (na festiwalu „Muzyka w dawnym Sieradzu)”, czy wiersz zaczynający się od słów: „przyjechał na wernisaż do Sieradza Miliński…”
Nie pozostaje jednak tylko odbiorcą imprez kulturalnych. W Szkole Podstawowej nr 10 w Sieradzu (gdzie pracuje obecnie jako polonistka) jest inicjatorką i współorganizatorką Międzyszkolnego Konkursu „Ziemia Sieradzka – miejsca, sylwetki, tradycje”.  Biorą w nim udział uczniowie szkół podstawowych z regionu sieradzkiego. Konkurs obejmuje kilka kategorii: fotograficzną, malarską oraz recytatorską. Jego celem jest upowszechnianie i poszerzanie wiedzy o historii, kulturze, tradycji i folklorze Ziemi Sieradzkiej. Właśnie odbyła się dziesiąta edycja tej imprezy.

CÓRKA

Marta, uczennica I klasy I LO im. Kazimierza Jagiellończyka w Sieradzu bardzo wcześnie  odkryła w sobie uzdolnienia artystyczne. Już ma na koncie wiele nagród w konkursach literackich, plastycznych, recytatorskich i teatralnych. Pierwszy wiersz napisała mając 9 lat. W 2007 r. otrzymała wyróżnienie, a w 2008 r. II nagrodę w Ogólnopolskim Konkursie Poetyckim „Moja miłość”. Jest również laureatką powiatowego konkursu recytatorskiego „Moja prawda”, a wspólnie z zespołem „Tabula Rasa” zdobywa nagrody w konkursach teatralnych. „Na co dzień jest raczej nieśmiała, małomówna, wyciszona, skupiona. Na scenie staje się jednak zupełnie inną osobą. Sama wtedy nie poznaję mojej Marty.” – z dumą mówi o niej mama.

KALEJDOSKOP 2011 nr 3 s. 39-40

Maria Duszka

SIERADZ W KOLORACH

W Sieradzu – mieście, którego historia sięga początków polskiej państwowości – od kilku lat trwają prace przy rewitalizacji zabytkowego  centrum. Jest to możliwe dzięki środkom unijnym, zdobywanym za pośrednictwem Urzędu Marszałkowskiego w Łodzi. Projekt nosi nazwę „Od elekcji królów Polski do epoki Internetu – sieradzka starówka historycznym i kulturowym dziedzictwem regionu”. Jego realizacja została zaplanowana na lata 2007 – 2013 i składa się z trzech oddzielnie finansowanych etapów: „Infrastruktura kultury” – 2.740.000 zł, „Rewitalizacja obszarów problemowych” –  32.750.000 zł oraz „Renowacja substancji mieszkaniowej” – 10.058.800 zł. Z każdej z tych wyłożonych przez siebie sum Sieradz odzyska 71,7 proc. tzw. kosztów kwalifikowanych.
W magistracie powstał czteroosobowy zespół do spraw rewitalizacji, którym kieruje Danuta Lipińska. Projekt prowadzi Urząd Miasta Sieradza, a partnerami są: Starostwo Powiatowe, Zgromadzenie Sióstr Urszulanek SJK, Muzeum Okręgowe oraz Sieradzkie Centrum Kultury.
Dotychczas przeprowadzono termomodernizację zabytkowego Teatru Miejskiego, renowację wirydarza klasztoru Sióstr Urszulanek, wyremontowano jedną z kamienic i wymieniono nawierzchnię ulicy  Rycerskiej. Zrewitalizowane zostało także serce miasta, czyli rynek –  wymieniono nawierzchnię, zainstalowano kolorową, podświetlaną  fontannę (szczególnie widowiskowo wygląda w nocy) i wzniesiono nowoczesny, przeszklony budynek, w którym już na wiosnę ma być otwarta kawiarnia. W kolejnej, remontowanej właśnie kamienicy zostanie ulokowane Centrum Informacji Turystycznej. Będzie tam można uzyskać wszelkie wiadomości na temat miasta: turystyczne, kulturalne, gospodarcze.
Chciałbym, aby na Rynku odbywały się imprezy plenerowe i koncerty muzyczne, aby to miejsce tętniło życiem i miało swój klimat. Od wiosny do jesieni będą tu ustawione stoiska z kwiatami, wyrobami artystycznymi i rzemieślniczymi oraz spożywczymi. Już trwają na ten temat rozmowy z przedsiębiorcami. Marzy mi się też, aby powstał sieradzki produkt regionalny – mówi Jacek Walczak, prezydent Sieradza.
Miejscem, które wkrótce zostanie odnowione, jest Wzgórze Zamkowe. Prawdopodobnie już w XI w. istniał tutaj dwór kasztelański. W 1290 r.  wybudowano murowany zamek. Przez pięć wieków budowla ta była świadkiem wielu historycznych wydarzeń. Na skutek licznych wojen i pożarów zamek stopniowo ulegał zniszczeniu i ostatecznie w 1800 r. został rozebrany. Od tej pory Wzgórze Zamkowe ulegało dewastacji. Do dziś zachowały się ukryte w ziemi pozostałości średniowiecznej rotundy, w której prawdopodobnie mieściła się kaplica zamkowa. Są tu również poniemieckie bunkry z II wojny światowej. W ramach rewitalizacji wyeksponowane zostanie miejsce, w którym znajdują się resztki rotundy, wytyczone będą szlaki spacerowe, zainstalowane oświetlenie, a bunkry – wyremontowane. Jeden z nich prawdopodobnie zagospodaruje działające w Sieradzu Bractwo Rycerskie.
Planowany jest też remont piwnic Muzeum Okręgowego przy ul. Dominikańskiej oraz zaadaptowanie dla potrzeb tej placówki budynku przy ul. Zamkowej 1. Poza tym zostanie wymieniona nawierzchni ulic: Warckiej, Warszawskiej, Kościuszki, Kolegiackiej, Zamkowej, Dominikańskiej, Ogrodowej i Krótkiej oraz rewitalizacja trzech kamienic, w których mieszczą się mieszkania komunalne.
O prezydencie Jacku Walczaku mówi się, że jest marzycielem. Jest jednak równocześnie człowiekiem pragmatycznym, który potrafi swoje wizje konsekwentnie realizować. – Nie mam złudzeń, że od razu odwiedzą nas tłumy turystów. Ale przez Sieradz przejeżdża około 30 tysięcy pojazdów na dobę. Chcemy, aby choć część ich pasażerów zechciała się zatrzymać, zrobić zakupy, zwiedzić Starówkę, zjeść obiad lub wypić kawę – mówi. I uważa, że upiększanie miasta przyniesie w niedalekiej przyszłości owoce w postaci rozwoju Sieradza.

KALEJDOSKOP 2011, nr 3 s. 32-33

MARIA DUSZKA

GENY
„Moje malarstwo jest intuicyjne. Oglądam pejzaże, robię zdjęcia, długo
chodzę z tematem zanim zabiorę się do pracy. Maluję zrywami. Od kilku
lat uczestniczę w plenerze plastycznym odbywającym się w Blizanowie
k. Kalisza. „Rozmalowuję się” w czasie jego trwania. Gdy wracam do domu,
jeszcze długo mam w sobie twórczy zapał i energię. Maluję głównie obrazy
olejne. Lubię też akwarele, wymagają bowiem konsekwencji, przewidywania
nieprzewidywalnych efektów.”- mówi sieradzka malarka Iwona Bobrycz.
Jest absolwentką  Państwowego Liceum Sztuk Plastycznych w Zduńskiej
Woli  oraz plastyki w Wyższej Szkoły Pedagogicznej w  Częstochowie.
Swoje obrazy prezentowała między innymi na indywidualnych wystawach
w Powiatowej Bibliotece Publicznej w Łasku i  w Bibliotece Pedagogicznej
w Sieradzu. 7 maja b.r.  kolejna ekspozycja jej prac została otwarta w
Sieradzkim Centrum  Kultury.
Bardzo lubi secesję, ze względu na jej dekoracyjność. Uwielbia malarstwo,
ostatnio szczególnie Konrada Krzyżanowskiego. W ogóle fascynuje ją sztuka:
teatr, literatura, muzyka. Do malowania jednak najbardziej inspiruje ją przyroda.
A co sądzi o twórczości Iwony jej córka, Paulina? „Bardzo lubię obrazy
mojej mamy, szczególnie te abstrakcyjne, które rodzą się z obserwacji
drzew. Cieszę się, że cały czas maluje, i że nadal sprawia jej to frajdę.
Bardzo chciałabym żeby w Polsce w końcu zapanowało na tyle silne
zapotrzebowanie na sztukę, żeby nie tylko garstka najpopularniejszych
malarzy mogła utrzymać się ze swojej pasji.”
Paulina Bobrycz odziedziczyła talent plastyczny po mamie i nieżyjącym już
ojcu, również uzdolnionym malarzu. Ukończyła PLSP w Zuńskiej Woli,
a obecnie jest studentką IV roku animacji w Łódzkiej Szkole Filmowej.
„Zrealizowałam dotychczas dwa filmy: „Okno na podwórze” i „Kanał”.
Obydwa uczestniczyły już w sumie w kilkudziesięciu festiwalach w kraju
i zagranicą.  Na większości byłam obecna jedynie duchem, jednak zdarzało
mi się też zaprezentować moje filmy osobiście. Tak właśnie było w ubiegłym
roku na Festiwalu Filmów Krótkometrażowych w Brest, w północnej Francji i
„Tricky Women” w Wiedniu. Uczestniczyłam również w wielu polskich
imprezach, takich jak Era Nowe Horyzonty we Wrocławiu, czy bardzo
prestiżowy 49. Krakowski Festiwal Filmowy. I właśnie z udziału w
ostatniej z tych imprez jestem najbardziej dumna. Mój film znalazł się tam
bowiem w wąskim gronie zaledwie siedmiu zakwalifikowanych do finału dzieł.” –
mówi Paulina.
Obecnie zaczyna pracę nad filmem dyplomowym. Otrzymała na niego
dofinansowanie w wysokości 80.000 złotych z Polskiego Instytutu Sztuki
Filmowej w priorytecie Produkcja Filmowa – Debiut Reżyserski. Film będzie
ukończony we wrześniu 2011 r. Potem planuje wyjazd do Warszawy,
gdzie możliwości pracy w jej zawodzie jest zdecydowanie więcej niż w
innych ośrodkach.
Jestem pewna, że jeszcze o niej usłyszymy.

KALEJDOSKOP 2010 nr 7-8 s. 14

Kalejdoskop

Z miesięcznikiem kulturalnym Łodzi i województwa Łódzkiego „KALEJDOSKOP” współpracuję od 10 lat.

Przez pewien czas redagowałam tam cykl p.t. „Gościniec”. Prezentowałam w nim poszczególne miasta i gminy regionu łódzkiego, m.in. : Łowicz, Łęczycę, Piątek, Poddębice, Zadzim, Rzgów, Pabianice,  Szadek,  Łask,  Konstantynów, Aleksandrów,  Lutomiersk, Zelów, Bełchatów,  Wieluń, Widawę, Pajęczno,  Mokrsko, Klonową,  Sieradz,  Zduńską Wolę.

Ostatnio na łamach „Kalejdoskopu” piszę przede wszystkim o ludziach z pasją. Ale nie tylko.