Warning: Undefined variable $show_stats in /home/platne/serwer244310/public_html/maria.duszka.pl/wp-content/plugins/stats/stats.php on line 1384
Przejdź do treści
AUTORKĄ RECENZJI JEST KINGA MŁYNARSKA
„Opuszczone tarasy” wcale nie są takie puste. Kryją się tam słowa – schowane w dźwiękach, kolorach, we wspomnieniach czy wirujących drobinach piasku.
A trzeba otwarcie przyznać już na wstępie – słowa u Sławomiry Sobkowskiej-Marczyńskiej chcą być nieuchwytne, skłębione w kątach zapomnienia, w zakamarkach uczuć. Poetka wydobywa je z pełną subtelnością, z uwagą i czułością.
Tak właśnie postrzegam wiersze z tego tomu – zbudowane są z wyrazów, które nie chcą się ujawnić. Co prawda tworzą mapy pamięci, budują emocjonalną ścieżkę przeżyć czy pejzaże z samego wnętrza duszy, ale jednak te literackie obrazy są pociągnięte delikatną mgiełką, pokryte patyną czasu, otulone pianą z chmur.
Takie oto narzędzia opisu wybiera podmiot Sobkowskiej-Marczyńskiej – i to w tej kreacji możemy znaleźć odpowiedź na pytanie: skąd w słowach tyle dystansu.
Przez wiersze przemyka kobieta. Bezpieczniej czuje się w półcieniach, półemocjach, „we mgle jest dobrze”. Aktualnie przebywa z sferze niepewności, w „gąszczu niewiadomych”. Pojmuje świat poprzez zmysły, wyobrażenia, intuicję. „Raczej się domyślam niż wiem / raczej przypuszczam niż mam pewność” – wyznaje. Przędzie swoje „jedwabne płomyki” i tka liryczną opowieść „z rosy”.
Świat natury jest mocno wpisany w tożsamość duchową podmiotu. Otacza ją przyroda w sensie fizycznym, ale i jest zakorzeniona w jej duszy. To, co namacalne jest spójne z metaforycznym postrzeganiem siebie oraz swojego miejsca w świecie. Naturalne jest więc to, że „chmury mieszają w myślach” czy że „od zachodu wdziera się do domu sosna”.
W wierszach z „Opuszczonych tarasów” nie stawia się pytania o sens zdarzeń. One po prostu są. I to jest dobre. To jest codzienne i oswojone. Podmiot nie dziwi się sytuacjom z pogranicza surrealizmu, magii czy snu. Przecież to jej środowisko naturalne. Podobnie jak zmagania ze słowami. Z ich ulotnością, kruchością i niemym uporem.
Podmiot w słowach szuka ugruntowania świata. To w nich odbija się to, co zapamiętane, przeżyte, kiedyś obudzone. Słowa są przychylne kobiecie – chętnie obdarowują literami. Lecz ona korzysta z tej uprzejmości z umiarem. Bierze tylko tyle ile jej trzeba, nie nadużywa. A, gdy poczuje potrzebę, buduje tylko z pięciu – i wtedy „wchodzi w ciszę”. Taka jest moc słów. Magia liter.
Autorka w wierszach pyta o sprawy fundamentalne dla swojego podmiotu, m.in. – „o początek i koniec”, „o przenikanie się dobra i zła”, a więc szuka Boga. Jego „tchnienia”, obecności, znaku czuwania. Czy to właśnie Boga odnajduje w codziennym rytmie dnia? W podmuchach wiatru, który zaciera przeszłą opowieść, by zrobić miejsce na nową? W postaci ukochanych dziadków?
Co zatem podmiot znajduje w swoich poetyckich wędrówkach? Chyba siebie – kobieta wskazuje na momenty, postaci i zdarzenia, które ją w jakiś sposób ukształtowały. Przesypują się więc litery jak ziarna maku, tworzą istotne słowa – jak np. matka, rodzina, dobro, miłość.
Sławomira Sobkowska-Marczyńska pozwala czerpać swojemu podmiotowi ze zbioru liter coraz śmielej. Tworzy już bardziej wyraziste obrazy, a kobieta nie unika konfrontacji z uczuciami, jakie akurat wyłaniają się spomiędzy słów.
Dlaczego to aż tak ważne i skąd ta obsesja leksykalna w odczytywaniu tego zbioru? Bo oto okazuje się, że świat zbudowany jest z liter. Cały świat mieści się w języku i nazywając – stwarzamy. Podmiot niekiedy usiłuje wskrzeszać – również za pomocą słów. I na chwilę się udaje. Powracają skojarzenia, zapachy, uśmiechy, zapomniane detale wyostrzają się na krótki moment.
A jeśli już nazwiemy to, co kryje się w mroku, skryte pod popiołem czy wyrosłe na nim – to, czy wtedy będzie łatwiej to zrozumieć? Także i na takie pytanie zdaje się szukać odpowiedzi podmiot Sobkowskiej-Marczyńskiej. Jednak w obliczu pewnych spraw, nawet i poetom brakuje… słów.
Wiersze z „Opuszczonych tarasów” wchłaniają się poprzez zmysły, krążą w krwiobiegu czytelnika i docierają do unerwionych tkanek. Poruszają. Zachwycają raz poetyckością, w jaką podmiot przyobleka swoje stany, to znów – prostotą widzenia, jak choćby w oglądaniu matki. Niekiedy zaś zaskakują lekkością i humorem. Ostatnia część tomu to zbiór wierszy miłosnych – choć niekiedy i tu poetka potrafi być przewrotna. Świetnie tu widać wiodącą cechę jej poezji – niejednoznaczność, przede wszystkim w konkretyzowaniu adresata wyznań podmiotu.
To wszystko jest bardzo bliskie. Jest ludzkie. Wiele tekstów poświęconych jest także konkretnym osobom – to piękne, liryczne portrety. Zachowają się w słowach, nawet, gdy wszystko inne już przeminie.
Ilustracje: Radosław Barek