Warning: Undefined variable $show_stats in /home/platne/serwer244310/public_html/maria.duszka.pl/wp-content/plugins/stats/stats.php on line 1384

WSPOMNIENIE Z TUCHOLI

 TRZY LATA TEMU KAZIMIERZ RINK PROWADZIŁ MOJE SPOTKANIE AUTORSKIE  W MIEJSKIEJ BIBLIOTECE PUBLICZNEJ W TUCHOLI. TAK MIŁO WSPOMINA JE DZISIAJ NA SWOIM FEJSBUKOWYM PROFILU:

MARIA DUSZKA należy do poetek tyleż skromnych, wyciszonych, co nieustannie gdzieś wędrujących i podróżujących. Bo lubi ten żywioł: bywać w drodze. Ale kiedy czytam Jej wiersze, kiedy ich słucham, myślę, że okazują się dokładnie takie jak Ona sama. Pełne cichego zamyślenia, zaplątanej w subtelnie cieniutką nić refleksji, misternie emocjonalnego rozedrgania. Co więcej, skupienia na tym, co mimo swej ulotności stanowi i decyduje o sensie naszego po Tej stronie trwania. Mimo wszystko i wbrew wszystkiemu.

Taką też zapamiętałem Ją ze spotkania w naszej tucholskiej, życzliwym kustoszom poetyckiej strofy, książnicy…

MIŁOŚĆ OD PIERWSZEGO WEJRZENIA
rozmawialiśmy
o kilka kroków od nas
zatrzymał się mały
może czteroletni chłopiec
w żółto-granatowej kurtce
powiedział patrząc na ciebie
prawie pięćdziesięcioletniego mężczyznę
„chodź tu”
nie przerwaliśmy rozmowy
po chwili chłopiec stanowczo powtórzył:
„chodź tu”
„dlaczego mam do ciebie iść?”
spytałeś
„bo ja mam tylko mamę”
(M. Duszka”, „Wolność chmur”)

*

Maria DUSZKA oprowadziła nas multimedialnie po Wilnie Mickiewicza, Konwickiego i Miłosza, opowiedziała o swoim z wyboru Sieradzu, zaprezentowała wiersze ze swej ostatniej książki „Wolność chmur” i wyznała, że lubi słuchać tego mówią i myślą zwykli ludzie, których uważnie obserwuje. Nie dystansuje się od porównań własnej liryki z Anną Świrszczyńską (zauważył to sam Józef Baran!), zapisuje zdarzenia pretendujące do miana życiowych anegdot, lubi literackie podróże z niewiadomą w podtytule, cieszy się z tłumaczenia własnych wierszy na 15 języków świata i nie popada w irytację, gdy słyszy określenie: poezja kobieca. Do dobrych wierszy niekoniecznie musi być przyklejana etykieta płci – mówi…

O STANISŁAWIE KLAWE PISZĘ NA POLONIJNYM PORTALU „CULTURE AVENUE”

Na polonijnym portalu „Culture Avenue” w USA właśnie ukazał się w dwóch częściach mój artykuł o Stanisławie Klawe. Dziękuję serdecznie Pani Joannie Joanna Sokolowska-Gwizdka za publikację.

Zapraszam do przeczytania.

CZĘŚĆ I:

https://www.cultureave.com/miedzy-cyrylica-a-szwabacha-stanislaw-klawe-1/

CZĘŚĆ II:

https://www.cultureave.com/miedzy-cyrylica-a-szwabacha-stanislaw-klawe-2/

 

 

 

MARIA DUSZKA

STANISŁAW KLAWE – MIĘDZY CYRYLICĄ A SZWABACHĄ

     Teodor Parnicki twierdził, że mieszańcy są szczególnie utalentowani. Bard Stanisław Klawe na pewno należy do tych, którzy zostali bardzo hojnie obdarowani przez los, także dzięki genom swoich przodków. Przede wszystkim – nie jest pierwszym artystą w swojej rodzinie.

 DZIEJE SPISANE CYRYLICĄ I SZWABACHĄ

     Jego przodkowie ze strony matki byli Polakami, ale przez kilka wieków mieszkali na Litwie. Kiedy po rewolucji rosyjskiej stracili majątki, przenieśli się do Polski. Jedną z najbarwniejszych postaci tego rodu był pradziadek  barda, Stanisław Kazimierz hrabia Kossakowski. Mieszkał w Wojtkuszkach koło Wiłkomierza (obecnie Litwa). Był utalentowanym fotografikiem, mecenasem sztuki, jednym z fundatorów Towarzystwa Przyjaciół Sztuk Pięknych „Zachęta”. Prowadził również w Warszawie salon artystyczny. Na przełomie XIX i XX wieku stworzył wspaniałą kolekcję fotografii. W zbiorach Narodowego Muzeum Sztuki im. M. K. Čiulrionisa w Kownie znajduje się obecnie aż sześć tysięcy zdjęć jego autorstwa. Pisał też pamiętniki i dzienniki, nad których wydaniem pracuje obecnie Fundacja Kossakowskiego. Jego żona Michalina Zaleska – Kossakowska pisała wiersze. Jej Poezje ukazały się w drukarni Orgelbranda w 1893 r. Z kolei mama Stanisława pisała utwory okolicznościowe, teksty dla teatrzyków i szopek.

     Natomiast przodkowie po mieczu na początku XIX w. przywędrowali do Polski z Niemiec, a dokładnie z Meklemburgii. Dziadek barda, Stanisław Adolf Klawe był przed wojną właścicielem dużej firmy farmaceutycznej w Warszawie. Produkował leki nie tylko na rodzimy rynek, ale także na eksport, między innymi do Kanady i na Bliski Wschód. Co ciekawe, określenie „klawe”, czyli „dobre” ponoć pochodzi właśnie od nazwiska właściciela owej firmy, której produkty znane były z doskonałej jakości. W czasie wojny przedsiębiorstwo zostało przejęte przez Niemców, a w 1945 r. znacjonalizowane.
Ojciec barda, Zdzisław Klawe był chirurgiem, a za udział w Powstaniu Warszawskim został odznaczony orderem Virtuti Militari. „Pisząc historię mojej rodziny z jednej strony trzeba się więc przegryźć przez cyrylicę, a z drugiej przez szwabachę” – mówi Stanisław. Warto podkreślić, że ustrój komunistyczny

 doprowadził jego antenatów – ze strony ojca i matki – do ruiny materialnej. Nie mógł więc być przyjaźnie nastawiony do tej formacji ustrojowej. Tak się złożyło, że swój bunt wobec niej wyrażał śpiewając. A wiadomo – piosenka, zwłaszcza satyryczna, ma moc kruszenia murów.

     Poezją interesował się od dziecka. Pierwszy wiersz rymowany napisał … podczas klasówki w III klasie szkoły podstawowej. W szkole średniej brał lekcje gitary w ognisku muzycznym, ale jeszcze nie pisał własnych tekstów i nie śpiewał. Wychował się na Kabarecie Starszych Panów. Znał ich twórczość na pamięć. Słuchał też Skaldów, Breakoutu. Już wtedy w piosence najbardziej interesował go tekst.

     W liceum odkrył dla siebie twórczość Przybosia, Czechowicza, Jesienina (do dziś potrafi recytować jego wiersze). Wielkie wrażenie wywarł na nim pierwszy kontakt z poezją Herberta – dokładnie pamięta ten moment. Był u babci w niedzielne popołudnie, a w telewizji nadawano wywiad z autorem „Barbarzyńcy w ogrodzie” (swoją drogą – szkoda, że dziś raczej nie zobaczymy wywiadu z żadnym poetą w niedzielnym popołudniowym programie telewizyjnym). Kilka lat później, już po maturze, Stanisław Klawe stworzył dwie piosenki inspirowane twórczością Herberta: „Dlaczego gram na fujarce” i „Witaj, drogi książę” zainspirowany „Trenem Fortynbrasa”.

     Co ciekawe, Stanisław nie pamięta momentu, w którym zaczął pisać teksty piosenek. „Na pewno impulsem była twórczość Jacka Kleyffa z Salonu Niezależnych. Wszystko tam waliło mnie po głowie – i muzycznie i tekstowo.”- wspomina. W 1975 r. był na jego koncercie w jednej z warszawskich willi. Utrwalił ten występ na własnym magnetofonie. Przez długi czas, dopóki nie zaginęła, była to jego ulubiona kaseta. Drugą, równie fascynującą, nagrał sobie w Piwnicy pod Baranami.

     Idąc w ślady przodków, mógł wybrać medycynę albo sztukę. Pierwotnie zamierzał być lekarzem. Przez kilka lat studiował medycynę. Jednak w końcu przeważyły geny przodków po kądzieli. Będąc już studentem, poczuł potrzebę przynależności do jakiegoś grona artystów. W działającym przy Politechnice Warszawskiej Klubie Riviera – Remont zobaczył ogłoszenie o naborze do grup: wokalnej, poetyckiej, jazzowej i kabaretowej. Nie mógł się zdecydować, do której z nich chciałby należeć. Zaśpiewał przed komisją kilka swoich piosenek i został przyjęty. Po krótkim okresie terminowania założył  grupę kabaretową „Piosenkariat”. Należeli do niej między innymi Jacek Kaczmarski, Stanisław Zygmunt, Zbigniew Łapiński i Przemysław Gintrowski. Razem postanowili stworzyć program kabaretowy – ostry, zaczepny. „Nasze występy zaczynaliśmy  wesoło, od piosenek żartobliwych, prześmiewczych, potem satyrycznych, ale już doprawionych trochę goryczą, kończyliśmy poważnie.” – wspomina Stanisław.

     Na XIV Ogólnopolskim Festiwalu Piosenki Studenckiej zdobył III Nagrodę za utwory satyryczne. Zwycięzcą festiwalu był wówczas Jacek Kaczmarski, a laureatem II Nagrody Andrzej Poniedzielski. W gronie nagrodzonych znaleźli się też Bronisław Opałko i Jacek Zwoźniak z grupą B Complex.  W jury zasiadali m.in. Wojciech Młynarski i Zygmunt Konieczny.  

     W pierwszym z nagrodzonych utworów pt. „Gaście światło, obywatele”. Stanisław krytykował gospodarkę socjalistyczną i ciągle w niej występujące „przejściowe trudności”.  W piosence „Coś mi pękło” opisywał postawy ludzi zeszmaconych, pozbawionych kręgosłupa moralnego, których władza bardzo łatwo może kupić. Oto fragmenty tego utworu:

„Coś mi pękło, robię ogląd,

A to pękł mi światopogląd.

Przeczekamy i to,

przeżyjemy i to (…)

Światopogląd rzecz nabyta

 Się załata go i kwita; (…)

A jak znudzą się już łaty,

To się sprzeda go na szmaty;

Będzie z tego niezły dochód

Może willa i samochód. (…)”

     W 1980 r. Stanisław Klawe był scenarzystą i reżyserem koncertu „Wariacje                   na temat…” podczas Krajowego Festiwalu Piosenki Polskiej w Opolu. Koncert odbył się w Teatrze im. Jana Kochanowskiego i zgromadził (chyba po raz pierwszy) najlepszych artystów tzw. piosenki studenckiej lat 70-tych. Wystąpili nam nim: Jan Wołek, Grzegorz Tomczak, Maria Wiernikowska, Marek Tercz, Grzegorz Bukała, Wolna Grupa Bukowina i wielu innych. Wszyscy wykonali swoje piosenki w aranżacji na orkiestrę.

     Rok później Stanisław Klawe uczestniczył w Przeglądzie Piosenki Prawdziwej „Zakazane Piosenki” w gdańskiej Hali „Olivii”. Za wykonanie jego ballady „Kiedym stawił się…” Nagrodę Publiczności „Brązowy Knebel” zdobyła Małgorzata Bratek. Oto fragmenty tego utworu:

„Kiedym stawił się u nieba wrót

Przed Najwyższym się skłonić kazali

Pan zapytał mnie, jakiem swe życie wiódł

Jak to jak? Budowałem socjalizm! (…)

Budowałem świat, jak głosi wieść

Dobrobytu i sprawiedliwości.

 

Miałeś szczęście więc, powiada Pan,

Że poznałeś go, żeś życia w nim zaznał,

Bo ja taki świat bez nędzy i zła

Próbowałem sam stworzyć od dawna.(…)

 

To wspaniałe tak przeżyć swe dni.

Pan raduje się, więc przerywam od razu:

Budowaliśmy socjalizm i …

Na nic więcej nie było już czasu.”

     Był również laureatem FAMY – Festiwalu Artystycznego Młodzieży Akademickiej w Świnoujściu. Tak wspomina tę imprezę: „To był dwutygodniowy festiwal wszelkich możliwych dziedzin sztuki. Wszystko to miało bardzo wysoki poziom artystyczny. Zanim jednak pojechałem tam jako uczestnik, miałem okazję posłuchać w Radiu Szczecin nagrania takiego słynnego koncertu, w którym wystąpili m.in. Elżbieta Wojnowska, Jacek Kleyff i Krzysztof Piasecki. Uwielbiałem wówczas wiersze Juliana Kornhausera,  Adama Zagajewskiego i Leszka Aleksandra Moczulskiego. Kiedy pojechałem kilka lat później na FAMĘ, to realizator tego ważnego koncertu zgrał mi go na kasetę – to była moja kolejna fascynacja i inspiracja zarazem.”

A POTEM PRZYSZEDŁ STAN WOJENNY

     Na 12 i 13 grudnia 1981 roku zaplanowane były w poznańskim Klubie Eskulap dwa koncerty z cyklu „Niechciane teksty PRL”. Z wiadomych przyczyn odbył się tylko pierwszy z nich.  Stanisław wystąpił wówczas w towarzystwie m.in. Marka Grechuty, Przemysława Gintrowskiego, Andrzeja Poniedzielskiego                  i Leszka Wójtowicza. „Śpiewaliśmy swoje ballady, a z drugiej sceny były podawane teksty ówczesnej oficjalnej propagandy. To było takie zestawienie rzeczywistości z jej opisem satyrycznym, czy refleksyjnym. Rano obudził mnie dzwonek telefonu hotelowego. Podniosłem słuchawkę, usłyszałem głos Andrzeja Poniedzielskiego. Powiedział, że… wojna. Ja pocieszyłem go: – Nie martw się, będziemy pisać i śpiewać pieśni. – Potem spotkaliśmy się w sali, obejrzeliśmy przemówienie generała i rozjechaliśmy się do swoich domów. Wróciłem do Warszawy. Był ogromny śnieg, zaspy, mróz. Przy Regionie Mazowsze mieliśmy koło „Solidarności”, które skupiało  twórców filmu, estrady i telewizji. Mieściło się na ulicy Wiejskiej, niedaleko Sejmu. Prowadząca nasze biuro Elżbieta Sadura, moja przyszła żona, przyjechała po południu i zabrała wszystkie listy uczestników, dokumenty finansowe i własną maszynę do pisania I dzięki temu to wszystko ocalało. Bo już następnego dnia biuro zostało zaplombowane.” – wspomina Stanisław Klawe.

 

POSTSTAN

     W 1985 r. Stanisław Klawe był scenarzystą i reżyserem koncertu „Nie tylko dla przyjaciół” na FAMIE. Rok później za interpretację „Piosenki pieska pokojowego” z jego tekstem, Piotr Machalica otrzymał Nagrodę Główną na XXIII Krajowym Festiwal Piosenki Polskiej w Opolu. Piesek pokojowy to metafora człowieka, który z zamian za „własną poduszeczkę i pełną miseczkę” jest skłonny zrezygnować ze swoich ideałów. Wie, że musi być łagodny i potulny, tłumić swój gniew. Nie może powiedzieć, co myśli naprawdę, bo może za to zapłacić utratą dobrej posady, luksusowych warunków życia. Oto fragment tej piosenki:

„Jestem małym pieseczkiem

Mam własną poduszeczkę

Zawsze pełną miseczkę

I kaftanik na chłód.

I szczęście jest tak blisko

Posłusznym być to wszystko

Bo jeśli nie to schronisko

Lub hycla mocny sznur (…)

I jestem rad że pan mnie ma

Bo mu wypada trzymać psa

A już najlepiej gdy to jest

Posłuszny pokojowy pies”

     W latach 80-tych Stanisław Klawe współtworzył kabarety Zjednoczenie Satyryczne „Polżart”  i „Pod Okiem” – z Markiem Ławrynowiczem, Barbarą Dziekan, Kazimierzem Kaczorem, Piotrem Machalicą i Zbigniewem Zamachowskim. Występował też w programach kabaretów „Długi”, „Nowe Hybrydy” i „Pod Egidą”. Piosenki z jego tekstami wykonywali m.in. Małgorzata Bratek, Magda Żuk i zespół Raz Dwa Trzy. 

MIŁOSZ CZYTANY POD SCHODAMI

     Zupełnie oddzielnym rozdziałem w twórczości Stanisława Klawe były utwory wynikłe z fascynacji poezją Czesława Milosza. I tutaj musimy cofnąć się do połowy lat 70-tych. Polonistą przyszłego barda w Liceum Ogólnokształcącym im. Tadeusza Rejtana był Ireneusz Gugulski. To właśnie od niego Stanisław usłyszał po raz pierwszy o przyszłym nobliście. „Interesowałem się poezją i bardzo mnie dręczył problem: kto to jest ten Miłosz? W 1975 r., po maturze wyjechałem na wakacje do rodziny do Londynu. Tam w polskiej bibliotece znalazłem wiersze Miłosza wydane przez paryską Kulturę. Wiedziałem, że gdybym kupił tomy jego poezji, to zostałyby mi na granicy od razu skonfiskowane. Straciłbym i pieniądze, i Miłosza. Nabyłem więc mały magnetofon i – w domu, a czasem nawet siedząc w bibliotece pod schodami – czytałem na głos  wiersze przyszłego noblisty i nagrywałem je. W ten sposób zapełniłem około 20 kaset. A niektóre wiersze wpisywałem do zeszytów. I tak udało mi się przemycić poezję Miłosza przez granicę. Jak zacząłem czytać  głośno te utwory, to wyczułem ten rytm miłoszowski. I to mnie bardzo ujęło. Wystarczyło potem w domu wziąć gitarę do ręki i melodie przychodziły same. W ten sposób powstało kilkanaście utworów.  Świetnie pamiętam te momenty, kiedy nad nimi pracowałem. Jednymi z pierwszych były «Piosenka o porcelanie»          i «Piosenka pasterska».”– wspomina Stanisław.

     Wykonywał je potem w klubach na imprezach zamkniętych, na które przychodzili tylko zaproszeni goście. Tam cenzura zazwyczaj nie sięgała. „Jeśli kierownictwo klubu było otwarte, to można było śpiewać, co tylko się chciało. Nie zgłaszałem więc tych utworów do cenzury – a miałbym dzisiaj parę fajnych pieczątek na swoich tekstach. A tak to zostałem z niczym.” – ironizuje bard.

     W 1978 r. Stanisław nagrał dwie kasety wspólnie z Maciejem Rayzacherem, który został usunięty z Teatru Powszechnego za współpracę z KOR-em  i zajmował się działalnością kulturalną w podziemiu. Aktor czytał wiersze, a bard wykonywał piosenki z tekstami Miłosza. Te kasety ponoć dotarły        do poety.

     „W maju 1980 r. zgłosił się do mnie redaktor Zdzisław Mac z radiowej Trójki          i zaproponował: – Słuchaj, śpiewasz tego Miłosza, to chodź, ja ci nagram parę piosenek w studiu. Wiesz, przyoszczędziłem trochę taśmy. – Taśma była wówczas reglamentowana, ale on był reporterem, więc miał zwykle jakiś naddatek. Nagrania zrobiliśmy na Malczewskiego. Wprowadził mnie tam do takiego zwykłego studia jako gościa, z którym ma rozmowę. On był realizatorem. Dał mi mikrofon i ja te piosenki zaśpiewałem. Potem wyszedłem          z radia… Pamiętam, że było słoneczne popołudnie, a ja tak sobie szedłem                    z tą gitarką i myślałem:  – Matko święta, to taka smutna konspiracja. I co z tym dalej będzie? I kiedy się to  skończy? – Miałem takie poczucie beznadziei, myślałem, że to nasze nagranie pójdzie do szuflady. A tymczasem      w październiku Miłosz otrzymał Nobla. I wtedy po raz pierwszy została puszczona w Trójce nagrana przeze mnie pół roku wcześniej «Piosenka o porcelanie». Ja nawet sam tego nie słyszałem, znajomi mi powiedzieli. To był mój debiut radiowy, o ile nie było wcześniej jakichś relacji z festiwalu krakowskiego – tego nie wiem. Zaraz potem zaczęto wydawać wiersze Miłosza. Wszyscy wtedy kupowali jego książki, a ja z tymi swoimi kajecikami tak zostałem.” – wspomina bard.

     W grudniu 1980 r. Stanisław Klawe był na spotkaniu z Miłoszem w siedzibie wydawnictwa NOWA. Zaśpiewał kilka piosenek z tekstami noblisty. Poeta powiedział mu, że jest zaskoczony tym, że tylu ludzi zna w Polsce jego utwory. Myślał, że jego książki trafią do może trzystu czytelników. Po tylu latach nieobecności w Polsce miał prawo tak sądzić. Opowiedział też anegdotę o tym, że w 1940 r. napisał sobie na urodziny „Piosenkę pasterską”. Zaśpiewał        ją zaproszonym gościom  na stworzoną przez siebie melodię. Podszedł do niego wówczas Witold Lutosławski i z sympatycznym uśmiechem powiedział: „Wiesz, Czesławie, bardzo to ładny wiersz, ale muzyka, to taka hm… nie za skomplikowana”.

     Stanisław Klawe przygotował potem według własnego scenariusza spektakl poetycko – muzyczny w oparciu o utwory noblisty „ …więc mogę być spokojny                  o to co kochałem”, w świetnej aranżacji Stanisława Krupowicza (kolegi barda jeszcze z LO im. Rejtana), z towarzyszeniem kwartetu smyczkowego. Spektakl  prezentowany był najpierw na Scenie Kameralnej krakowskiego Teatru Starego z udziałem Olgierda Łukaszewicza, a potem w Klubie Politechniki Warszawskiej Riviera-Remont z Wojciechem Pszoniakiem.                                                                 

    W Łomży odbywał się cykliczny festiwal poezji. Organizował go poeta Jan Kulka. W 1981 r. zaprosił na tę imprezę także Czesława Miłosza i, aby mu zrobić przyjemność, jego kolegów z grupy „Żagary”. Stanisław Klawe wykonał tam kilka piosenek z towarzyszeniem kwartetu smyczkowego. „Dostałem wtedy od noblisty «Psalmy» w jego tłumaczeniu, z dedykacją. Siedzieliśmy, rozmawialiśmy i nawet mi do głowy nie przyszło, żeby sobie zrobić z nim fotkę. To spotkanie odbywało się w skansenie nad Narwią. Miłosz z Arturem Międzyrzeckim stali, patrzyli z sentymentem na rzekę i rozmawiali o tym, że podobnie w Wilnie Wilejka się wije…” – wspomina bard.

PO CO SIEDZIELIŚMY W NISZY?

     Jak opozycyjny bard ocenia zmiany, które zaszły w Polsce po roku 1989? Uważa, że przemiany gospodarcze i polityczne są raczej pozytywne, natomiast pewne nurty kultury na tym straciły. „I teraz trudno znaleźć przyczyny. Kultura jest dotowana, ale nie wiadomo dlaczego taka, a nie inna. Z rynku korzystają tacy artyści, którzy  korzystali i w poprzednim ustroju. My byliśmy w niszy, która wtedy wydawała się taką niszą optymistyczną, mimo znowu uwikłania            w pewien układ polityczny. Wiadomo, że kultura studencka organizowana była przez SZSP, ale wielu działaczy było zacnych, zrobiło dużo dobrego. Związani byli z klubem Riwiera Remont. Często działali niekoniunkturalnie. Nie po to, żeby zrobić karierę. Mieli fajne pomysły, np. każdy z klubów stworzył taką swoją   supergrupę składającą się z laureatów Festiwalu Piosenki Studenckiej w Krakowie. Obok krakowskich Jaszczurów, wrocławskiego Pałacyku, gdańskiego Żaczka, Remont należał do najlepszych klubów studenckich                      w Polsce. To była też ciekawa publiczność, prawdziwa elita – nie tylko techniczna. Ludzie bardzo sprawni intelektualnie, którzy potrafili docenić to,  co wartościowe. Myśmy na początku lat osiemdziesiątych grali podczas strajków organizowanych na uczelniach przez Niezależne Zrzeszenie Studentów, ale też na salach i korytarzach podczas strajków robotniczych. Trudno się przyznawać do tych rzeczy dobrych, które były. Bo one są teraz uważane za niedobre.” – wyznaje Stanisław.                                                

     Kultura studencka i jej kontynuatorzy próbowali walczyć. Jeszcze w latach dziewięćdziesiątych miała miejsce próba telewizyjnego programu „Powrót bardów”. Stanisław Klawe był wówczas recenzentem wewnętrznym telewizyjnych programów rozrywkowych. W jednym z konkursów  publiczność miała wybrać najlepszy utwór. Wystąpili w nim obok wielu innych wykonawców m.in. Gintrowski i Kaczmarski. Wygrała najbardziej nieciekawa piosenka. Stanisław pomyślał wtedy: „I po co myśmy się tam męczyli w tej niszy, myśląc, że to kiedyś będzie komuś bardziej potrzebne?”

     W latach dziewięćdziesiątych Stanisław Klawe zorganizował kilkanaście edycji festiwalu „Przybycie bardów” – w Brwinowie, Węgrowie, Grodzisku Mazowieckim i Warszawie. Występowali na nich ludzie piszący i komponujący własne utwory. Trochę szkoda, że ten ruch bardowski się nie rozwinął, pomimo takich imprez jak na przykład Międzynarodowy Festiwal Bardów OPPA organizowany nadal w Warszawie.

     Stanisław ma za sobą także kilka lat intensywnej współpracy z rozgłośniami radiowymi. Przez półtora roku tworzył śpiewane na nutę dziadowską felietony informacyjne w Radiu Plus. W redakcji był o 6.00 rano, aby już o 7.50 zaśpiewać na żywo nowy czterozwrotkowy, rymowany utwór pisany do stałego podkładu muzycznego, komentujący najświeższe wiadomości – obyczajowe i polityczne. Trzy razy dziennie na żywo w radiu ogólnopolskim! W tym czasie stworzył chyba tyle wersów, ile liczy «Pan Tadeusz. Takie muzyczne felietony wykonywał także w Radia Dla Ciebie – ale tylko raz w tygodniu.
Wspólnie z Andrzejem Paulukiewiczem tworzył też kolumnę satyryczną „Ueorgan Ludu” w tygodniku „Wprost”. Przez kilka lat pisał teksty dla „Zsypu” – satyrycznej audycji nadawanej w I Programie Polskiego Radia. To w jednym z jej odcinków w rocznicę śmierci Agnieszki Osieckiej w 2007 r. wykonał po raz pierwszy piosenkę Wstążka pani Agnieszki. Była w niej m.in. taka zwrotka:

„Gdy głowa taka ciężka 

coraz dotkliwszy brak

Gdzie jest pani Agnieszka 

co powie nam, co i jak?”

                                                             

POŁĄCZENIE MIŁOSZA Z KABARETEM

     „Nigdy nie robiłem niczego na zamówienie, nawet własne. Nie myślałem,      że teraz walnę tutaj pięciu Czechowiczów, albo sześciu Gałczyńskich. Choć Czechowicz wydawał mi się taki kuszący, podobnie jak Leśmian, ale kilka osób już wykonywało ich utwory. A jak poeci byli popularni, to ja już ich nie śpiewałem. Mnie wiersze oczywiste nie interesowały. Zawsze szukałem własnych ścieżek, lubiłem wyszukiwać mało znane utwory. Starałem się, żeby to było niebanalne. Pewne piosenki musiałem zaśpiewać. Dla mnie muzyka była formą wniknięcia w tekst, na miarę tych moich możliwości. Śpiewałem Lechonia «Pytasz, co w moim życiu», kilka utworów Gałczyńskiego, między innymi                         «O mojej poezji», także kilka wierszy Herberta, między innymi «Architekturę» czy «Prośbę»”. – wspomina bard.

     Najwięcej piosenek Stanisława Klawe ma charakter satyryczny. Najbardziej znane jego utwory to: „Piosenka pieska pokojowego”, „Gaście światło”, „List otwarty”, „Amerykański plan”, „Wizyta prezydenta”.

     „Ja tak naprawdę cierpię trochę na brak tożsamości bardowskiej. Uważam, że nie do końca się realizuję jako bard. Publiczności jest wszystko jedno, czyich tekstów słucha, byleby były dobre. Natomiast ja mam taką organiczną potrzebę podkreślenia autorstwa. Jestem strasznie na nie wrażliwy. I zawsze mnie interesuje, kto napisał dany tekst. I ciągle szukam w Internecie, i błogosławię go, że mogę sprawdzić, kto jest autorem danej piosenki. To są dla mnie niesamowite odkrycia często. Jestem wielbicielem piosenki, ale fascynuje mnie też bardzo muzyka poważna. Już przecież z wyborem sekcji w klubie Remont miałem problem – stałem przed plakatem i nie wiedziałem, gdzie się zapisać. U mnie to jest jakoś dziwnie posklejane.  Połączenie Miłosza z kabaretem to jest przecież trochę… trudne.” – przyznaje z uśmiechem Stanisław. „A nie mogłem sobie w życiu odmówić napisania iluś tam tekstów satyrycznych, zresztą, takich chyba napisałem najwięcej. We mnie siedzi i to, i to. Nie mogę się pozbyć ani tego, ani tego. Czasem coś zrymuję lekko, satyrycznie, a czasem ironicznie. Zresztą ironia to także ważny składnik i poezji Gałczyńskiego, i Herberta, trudno się tego wyzbyć .”                                                             

     Stanisław Klawe w latach dziewięćdziesiątych wracał jeszcze do Miłosza, ale nie było woli wydawniczej i producenckiej. A potem Studio, w którym nagrywał te piosenki, rozpadło się i po tych nagraniach nie pozostał ślad. Czuł jednak potrzebę stworzenia czegoś poważnego. Sięgnął wówczas po teksty Mickiewicza i Słowackiego. I tak powstała jego debiutancka płyta „Nad wodą wielka i czystą” nagrana w studiu Jacka Wąsowskiego.

     „Zawsze  miałem problem z takim dopięciem… W 2021 r. roku realizowałem online projekt Bardowie panny «S»  poświęcony jubileuszowi 40-lecia Przeglądu Piosenki Prawdziwej «Zakazane piosenki», który odbył się w 1981 r. w gdańskiej Hali Oliwia. I wtedy Grzesiu Tomczak przysłał mi dokładny program tej imprezy i swoje teksty opatrzone pieczątkami cenzury. Bo on zbiera wszystko, ma całe archiwum. Ja swoje zdjęcie z występu na Festiwalu Piosenki Studenckiej w Krakowie dostałem od fotografa Jerzego Fedaka po czterdziestu latach – znalazł je, porządkując swoje archiwum. Tak samo jest z nagraniami, nie zadbałem w porę, żeby je zachować.” – żałuje Stanisław.

     Minister Kultury i Dziedzictwa Narodowego przyznał Stanisławowi Klawe Brązowy Medal „Zasłużony dla Kultury Gloria Artis”. Za działalność na rzecz niezależnej kultury i wydawnictw drugiego obiegu został także wyróżniony Odznaką Honorową „Zasłużony działacz kultury”.

     Bard udziela się nadal w wielu organizacjach. Należy do Stowarzyszenia Autorów ZAiKS oraz Związku Zawodowego Twórców Kultury. Jest też członkiem Zarządu w Stowarzyszeniu Literacko Muzycznym „Ballada” i „Warszawskiej Sceny Bardów”. W latach 2010 – 2020 Stanisław Klawe pełnił ważną funkcję Sekretarza Generalnego Związku Polskich Autorów i Kompozytorów „ZAKR”. Prezesami w tym czasie byli kolejno: Jacek Korczakowski, Ryszard Ulicki                     i Krzysztof Dzikowski. Od niedawna ZAKR ma nowe władze. Stanisław Klawe życzy następcom powodzenia. A sam ma nadzieję, że teraz będzie miał czas na dopięcie swoich spraw – pisanie, komponowanie nowych utworów, a także nagranie na płytach piosenek, które na to czekają, niektóre od wielu już lat.

Od lewej: Stanisław Klawe, Maria Duszka, Marta Sosnowska, Krzysztof Krakowski, Magdalena Krakowska i Wojtek Gęsicki na koncercie z cyklu „Scena Zaułek”, grudzień 2021 r.

Fotografia pochodzi z archiwum Centrum Kultury w Łomiankach.

Od lewej: Stanisław Klawe, Maria Duszka, Marta Sosnowska, Krzysztof Krakowski, Magdalena Krakowska i Wojtek Gęsicki na koncercie z cyklu „Scena Zaułek”, Dom Kultury w Łomiankach, grudzień 2021 r., fot. arch. Domu Kultury w Łomiankach.

 

O ŻYCIU I TWÓRCZOŚCI SŁAWKI SOBKOWSKIEJ – MARCZYŃSKIEJ PISZĘ NA PORTALU KULTURA U PODSTAW.PL

Dziękuję serdecznie Panu Markowi Woźniakowi  – Marszałkowi Województwa Wielkopolskiego i Departamentowi Kultury Urzędu Marszałkowskiego WW za to, że miałam możliwość już dwukrotnie być „Gościem Radziwiłłów” w Pałacu Myśliwskim Książąt Radziwiłłów w Antoninie. W 2021 r. pracowałam nad moim tomikiem wierszy i anegdot (który być może w tym roku się ukaże), a w 2022 r. stworzyłam pięć esejów o życiu i twórczości artystów z Wielkopolski: Sławomiry Sobkowskiej – Marczyńskiej, Henryka Szopińskiego, Grzegorza Tomczaka, Witka Łukaszewskiego i Lecha Konopińskiego. Na portalu Kultura u Podstaw.pl właśnie została opublikowana jedna z moich prac – o Sławce Sobkowskiej – Marczyńskiej.

Kliknij link, aby przeczytać:

https://kulturaupodstaw.pl/goscie-radziwillow-maria-duszka-2/?fbclid=IwAR2IZ-KuO2s8zh4cUAwgoDD9uGbctbn7Q_7nR_o1toZtErLg055O1Z4ksCo

 

Goście Radziwiłłów: Maria Duszka

Opublikowano:
W lipcu 2022 roku, w ramach programu pt. „Goście Radziwiłłów”, odbyła się trwająca 4 tygodnie rezydencja literacka. W jej trakcie, cztery osoby pracowały nad swoimi autorskimi utworami.

Program „Goście Radziwiłłów” został zainicjowany przez Samorząd Województwa Wielkopolskiego w roku 2020.  

 Rezydentów zaprosił Pałac Myśliwski Książąt Radziwiłłów w Antoninie – Dom Pracy Twórczej.

Jednym z uczestników Programu „Goście Radziwiłłów” była pisarka Maria Duszka. Poniżej prezentujemy fragment jej eseju, którego główną bohaterką jest Sławomira Sobkowska–Marczyńska.

TAŃCZĄCA ZE SŁOWAMI

W połowie 2021 r. otrzymałam e-mail od mojej koleżanki dziennikarki. Przesłała mi w nim wiersze. Nie napisała, kto jest ich autorem. Odpisałam jej, że to utwory, które mogą podobać się czytelnikom. I że stworzyła je osoba o dużej wrażliwości i dobrym sercu. Po pewnym czasie koleżanka napisała mi, że tajemniczą autorką wierszy jest jej przyjaciółka ze studiów dziennikarskich. I że w młodości odnosiła międzynarodowe sukcesy w gimnastyce artystycznej. Sport i poezja? Byłam zaintrygowana tym niezwykłym połączeniem.

Po pewnym czasie napisała do mnie sama autorka wierszy. Okazało się, że mieszka w Poznaniu, nazywa się Sławomira Sobkowska – Marczyńska. Przesłała mi swoje kolejne utwory. Wkrótce zaprezentowałam je w cyklu „Cztery ściany wiersza” w audycji „Pod wielkim dachem nieba” nadawanej we wrocławskim Radiu Muzyczna Cyganeria i polonijnym Radiu Islanders w Wielkiej Brytanii. Sławka była uszczęśliwiona – to był jej debiut jako poetki. W grudniu 2021 r. w Ogólnopolskim Konkursie Literackim „Cztery pióra” został wyróżniony drukiem jej wiersz:

Ale

nic nie musisz

ani zaglądać w niebo z ciekawości

ani posrebrzać gwiazd

ani spacerować po tęczy

ani deszczem podlewać kwiatów

ani zauważać potrzebujących

ani oddawać siebie innym

ale możesz

 

W kwietniu 2022 r. zaprosiłam ją do Powiatowej Biblioteki Publicznej w Sieradzu na imprezę, którą zorganizowałam z okazji jubileuszu 20-lecia działalności założonego przeze mnie Koła Literackiego „Anima”. W trakcie tego wieczoru Piotr Spottek przeprowadził rozmowy z „Animkami”, między innymi ze Sławką. Wywiady i czytane przez poetów wiersze zostały najpierw wyemitowane w audycji „Pod wielkim dachem nieba”, a potem także w polonijnej audycji Magdaleny i Krzysztofa Krakowskich nadawanej w Melbourne Ethnic Community Radio w Australii. I tak oto poezja Sławki trafiła na antypody.

Potem zaproponowałam jej, aby przesłała swoje utwory Monice Magdzie Krajewskiej, poznańskiej poetce i animatorce kultury, która od kilku lat prowadzi na Facebooku cieszący się bardzo dużą popularnością portal „Poezja na każdy dzień”, na którym publikuje zarówno klasykę, jak i utwory współczesnych poetów. Kolejne wiersze Sławki spotkały się tutaj z wielkim aplauzem ze strony czytelników.

 

FUNDAMENTEM DOMU BYŁA MIŁOŚĆ

 

Sławka urodziła się w 1961 r. w Lesznie. Kiedy miała 4 lata, jej rodzice przeprowadzili się do Poznania. Poetka tak opowiada o swoich bliskich:

 

„Moi rodzice to mama Krystyna, z domu Orzechowska i tata Leonard Sobkowski. Wywodzili się z rodzin o tradycjach patriotycznych. Rodzice mamy mieszkali w Lesznie, w domu, który zapisał im wuj mojej babci – uczestnik Powstania Wielkopolskiego, Jan Pospiech. W tym powstaniu walczył także Marcin Orzechowski, brat mojego dziadka. Moja babcia, Władysława Orzechowska, z domu Pospiech wychowywała swoje dzieci w duchu ustępowania, a nie forsowania swoich poglądów. Mój dziadek, Stanisław Orzechowski był wszechstronnie uzdolniony. Z zawodu był  stolarzem, robił piękne zdjęcia, a ponadto umiał grać na akordeonie, skrzypcach i  harmonijce. W czasie II wojny był także felczerem. Z Leszna pochodziła także mieszkająca w Poznaniu mama mojego taty – Wanda Sobkowska, z domu Tuliszka. Wywodziła się z rodziny o korzeniach szlacheckich. Stefan Tuliszka ojciec mojej babci, był leszczyńskim radnym. A jej kuzyn, Edmund Tuliszka został pierwszym rektorem Politechniki Poznańskiej wybranym w demokratycznych wyborach po roku 1989. Dziadek taty, Władysław Sobkowski pochodził z terenów obecnej Białorusi. Jeden z braci mojego dziadka zginął na wojnie polsko- bolszewickiej. Z kolei brat mojego dziadka  i zarazem mój ojciec chrzestny, Marian Sobkowski nauczał w czasie II wojny światowej na tajnych kompletach.”

Mama Sławki pracowała w księgowości, ale bardzo kochała literaturę i teatr. Tata był chemikiem. Najpierw pracował w stacji sanitarno – epidemiologicznej, potem był kierownikiem działu dystrybucji paliw w Centrali Produktów Naftowych. Gdy trzeba było sporządzić jakieś pisma, na przykład do ministerstwa, to cedowano to na niego, ponieważ miał bardzo ładny styl. Proponowano mu, aby został dyrektorem technicznym, pod warunkiem, że się zapisze do PZPR. Nie zgodził się. Potem udzielał się w „Solidarności”.

 

„Rodzice stworzyli mi wspaniały dom. Jego fundamentem była miłość. Byli idealnie dobrani, uzupełniali się. Do pomnażania dóbr materialnych nastawieni byli w sposób umiarkowany, bo najważniejsze były dla nich wartości niematerialne. Zawdzięczam im cały zachwyt światem i obojętność wobec wciąż nowych potrzeb konsumpcyjnych. Dla mamy najwyższą wartością było dobro. Ona przez całe swoje życie z nikim się nie pokłóciła. Wiem, brzmi to niewiarygodnie, ale to prawda. Pochodziła z rodziny wielodzietnej, z którą łączą nas do dziś bliskie więzy i codzienny kontakt. Jej siostry i bracia często wspominają dobro, którym ich obdarowywała. Tworzyliśmy w trójkę zgraną paczkę. Każdemu dziecku na świecie życzę takiego domu rodzinnego.”- mówi Sławka.

 

A tak atmosferę tego domu opisuje w wierszu:

 

 

Okno

 

a przed nim

zaufanie bez końca

rozmowy nienatrętne

troska bezwarunkowa

szacunek niewymuszony

posiłki doprawione miłością

 

a za nim

uśmiechnięte niebo

 

 

Sławka od zawsze miała szczęście do mediów. Już jako pięciolatka znalazła się na zdjęciu w historycznym, pierwszym numerze czasopisma dla najmłodszych „Miś”. Stało się tak dlatego, że przedszkole, do którego uczęszczała nosiło imię Misia Uszatka. Do zdjęcia wybrano czworo dzieci z tej placówki.  A tak Sławka opisała to miejsce po latach:

 

 

Przedszkole Misia Uszatka

to wspomnienie

ma wszystkie barwy –

jak bajkowe

kolorowanki

balony

kredki

tęcze

uśmiechy

przytulenia

południowe drzemki

kisielowe desery

i przyklapnięte uszko

 

MISTRZYNI GRACJI I WDZIĘKU

 

Gimnastyka artystyczna łączy w sobie elementy baletu, gimnastyki i tańca. Uprawiana jest przez dziewczęta w wieku od około 4 do 24 lat. Zawody międzynarodowe odbywają się w kategorii juniorek – poniżej 16 roku życia, a seniorek – w wieku lat 16 i powyżej. Choć jeśli zawodniczka jest szczególnie uzdolniona, to może być wcześniej przeniesiona do wyższej klasy sportowej. Gimnastyka artystyczna zaczęła się rozwijać w latach czterdziestych ubiegłego wieku w Związku Radzieckim. W 1961 r. Międzynarodowa Federacja Gimnastyczna FIG uznała ją za odrębną dyscyplinę sportową. Dopiero w 1984 r. w Los Angeles po raz pierwszy włączono ją  do zawodów olimpijskich. 

W naszym kraju gimnastyka artystyczna zaczęła się rozwijać w latach pięćdziesiątych. Przede wszystkim w Warszawie, Krakowie i Poznaniu. W 1968 r. poznanianka  Grażyna  Bojarska została mistrzynią Polski.

Sławka Sobkowska–Marczyńska tak wspomina początki swojej kariery sportowej:

 

„Byłam uczennicą dawnej poznańskiej Szkoły Podstawowej nr 1 – potem mieścił się tam Zespół Szkół Mistrzostwa Sportowego. Nauczycielką wychowania fizycznego, a jednocześnie trenerką gimnastyki artystycznej była Wanda Skrzydlewska. Już w pierwszej klasie zauważyła u mnie smykałkę do tańca i zapytała rodziców, czy mogę uczęszczać na treningi. Zgodzili się. Sport mnie wybrał. Szybko złapałam bakcyla i pokochałam gimnastykę artystyczną. Tak się zaczęło życie jak z przygodowego filmu. Zostałam przyjęta do Klubu Sportowego ”Energetyk”. Moją pierwszą trenerką była Grażyna Bojarska, wielokrotna mistrzyni Polski w klasie mistrzowskiej. Już w roku 1971, mając 10 lat, zostałam wicemistrzynią kraju w młodszej klasie sportowej. Pierwszy międzynarodowy sukces odniosłam w 1972 r., kiedy to zajęłam II miejsce wśród juniorek w Turnieju Interwizji, czyli zawodach mistrzyń krajów tak zwanej demokracji ludowej. W wieku 12 lat rywalizowałam już z seniorkami, a rok później przyjęto mnie do kadry narodowej seniorek.”

 

W 1977 r. na mistrzostwach świata w Bazylei zajęła dziewiątą lokatę  w wieloboju i weszła do finału układu z piłką, zajmując piąte miejsce. To był pierwszy poważny sukces polskiej gimnastyki artystycznej. Rok później wzięła udział w pierwszych w historii tej dyscypliny mistrzostwach Europy w Madrycie. I tym razem zajęła dziewiąte miejsce, ale udało jej się wejść do dwóch finałów. W Turnieju Interwizji w Mielcu w 1979 r. zajęła II pozycję, tym razem wśród seniorek. Rok później została jedyną (jak dotychczas) polską zwyciężczynią prestiżowego Międzynarodowego Turnieju Wiosny, który zawsze odbywał się w Poznaniu, a wyjątkowo wtedy został zorganizowany w Gdańsku. Były to międzynarodowe zawody, w których brały udział zawodniczki z bloku socjalistycznego i Europy Zachodniej. Sławka wygrała w wieloboju – w układach ze skakanką, z wstążką, piłką, obręczą i maczugami (wystruganymi z drewna przez jej dziadka!).  

Choć w tamtych czasach w Polsce było to oficjalnie zakazane, to dwa razy wykorzystano wizerunek Sławki w reklamach. W pierwszym przypadku chodziło o sprzęt sportowy firmy „Polsport”. A w drugim o reklamę polskiego Fiata 125  na targach samochodowych w Londynie; upamiętnia to zdjęcie w brytyjskiej gazecie „The Sun”.

Sławomira Sobkowska uprawiała gimnastykę artystyczną przez 12 lat. Była drugą, po Grażynie Bojarskiej, polską gimnastyczką liczącą się w międzynarodowej stawce, ale pierwszą, która weszła do finałów mistrzostw Europy i świata. Jej sukcesy zostały docenione przez Międzynarodową Federację Gimnastyczną FIG z siedzibą w Lozannie – przyznano jej klasę mistrzowską międzynarodową i Złotą Odznakę FIG.

O sympatii, jaką darzyli ją dziennikarze świadczy fakt, że w tytułach artykułów jest zazwyczaj po prostu nazywana Sławką. Rodzice dbali o dokumentowanie wszystkich jej osiągnięć. Do dziś przechowuje sześć skoroszytów wycinków prasowych, a także listów gratulacyjnych od ówczesnych władz miasta i województwa.

 

MUZYKA POTRAFI DOPROWADZIĆ MNIE DO ŁEZ

 

Muzyka od zawsze była jej żywiołem, ale też istotnym elementem w dyscyplinie, którą uprawiała. W prezencie na siódme urodziny dostała od rodziców adapter „Bambino”. Była to dla niej niezapomniana chwila. Tak opisała ją po latach:

 

Bambino

 

błękitne pudełko

niby walizeczka

 

a po otwarciu

na kręcącym się talerzu

czarna płyta

z wczarowaną w nią muzyką

 

magia

na siódme urodziny

 

Pierwsze wzruszenia związane z muzyką zawdzięcza Piotrowi Czajkowskiemu. Oczywiście opisała to w wierszu:

 

 

x x x

dziękuję ci

za swój pierwszy zachwyt

dźwiękami

przemykającymi przez scenę

pełną tańczących łabędzi

 

kocham

za „Śpiącą Królewnę”

pocieszającą mnie

w każdym przeziębieniu

i za cudownego „Dziadka do orzechów”

który co rok zeskakiwał z choinki

żeby pomóc przy świętach

 

jestem wdzięczna za „Koncert b-moll”

wykrzyczany i wyszeptany z fortepianu

zanurzonego w dźwiękach skrzypiec altówek

klarnetów puzonów

 

zawdzięczam ci pierwszą łzę wzruszenia

 

 

O miłości do muzyki Sławka napisała jeszcze wiele wierszy. To jeden z nich:

 

 

x x x

muzyka aleją wierzb przydrożnych płynie

w liściach nuty zostawia

wiolinowym kluczem

zagarnia wszystkie dźwięki

jak wiatr krople deszczu

 

nie obiecuje niczego

poza wzruszeniem

 

 

Sławka wspomina:

 

„Znaczącą rolę w mojej edukacji odegrał Krzysztof Winiszewski,  akompaniator i jednocześnie wieloletni wykładowca w Akademii Muzycznej im. Jana Ignacego Paderewskiego w Poznaniu. Wybieranie z nim utworów do akompaniamentu do układu  sprawiało mi ogromną radość. Byłam najmniejsza spośród polskich gimnastyczek. Nie miałam dobrych warunków fizycznych do tańca. Jeszcze wówczas to nie przeszkadzało. Ruch najpiękniej wygląda u osób wysokich, o długich kończynach, ale ja nadrabiałam sposobem wyrażania emocji. Tak zwanym wyrazem. W moich występach było dużo ekspresji, bo od dziecka czułam muzykę.” 

Pierwszy wywiad Sławki na łamach „Świata Młodych”. Drobna, uśmiechnięta, jasnowłosa dziewczynka szybko stała się ulubienicą dziennikarzy.

Nauka zawsze była dla niej ważna. Starała się mieć jak najlepsze oceny. Szkołę podstawową wspomina bardzo ciepło. Organizowano w niej dużo imprez okolicznościowych, w czasie których występowała. Jeśli to były uroczystości związane z historią Polski, to tańczyła z dwiema wstążkami: białą i czerwoną do muzyki Chopina. Ten układ wykonywała także podczas wyjazdów  zagranicę  z harcerzami. Tańczyła też wówczas w profesjonalnym stroju ludowym mazura, oberka i poloneza.

W VII Liceum Ogólnokształcącym Sławka była w zasadzie gościem. Znalazła jednak czas na to, aby utworzyć zespół taneczny, składający się z koleżanek z klasy. Sama opracowywała choreografię. Dziewczęta występowały w Filharmonii Poznańskiej w przerwach koncertów, w ramach działalności Młodzieżowego Ruchu Miłośników Muzyki Klasycznej Pro Sinfonica. Bardzo lubił i wspierał jej aktywność założyciel tej organizacji, Alojzy Andrzej Łuczak. Sławka podejrzewa, że to dzięki niemu trafiła w wieku 17 lat  do kultowego programu Ireny Dziedzic „Tele-echo”. Alojzy Andrzej Łuczak nieco wcześniej też był gościem tego pierwszego polskiego ”talk show”. Irena Dziedzic nieczęsto zapraszała sportowców, a Sławka odpowiadała między innymi na pytania dotyczące Pro Sinfoniki. Pojechała do Warszawy z tatą. Wszystkie pytania i odpowiedzi były wcześniej uzgodnione, program był bardzo dokładnie reżyserowany.

 

ŚWIATOWY FESTIWAL MŁODZIEŻY I STUDENTÓW NA KUBIE

 

W 1978 r. odbywał się na Kubie XI Światowy Festiwal Młodzieży i Studentów. Sławka tak wspomina to wydarzenie:

 

„O wytypowaniu mnie do udziału w tej imprezie dowiedziałam się w czasie obozu kadry narodowej. Byłam niesamowicie zaskoczona, że ze wszystkich polskich sportowców wybrano tylko nas troje: Adama Nawałkę, szachistę Adama Kuligowskiego i mnie. Uczestnicy Festiwalu zostali wyposażeni w jednakowe stroje uszyte specjalnie na tę okazję. Lot trwał kilkanaście godzin. W samolocie było wygodnie i serwowano nam bardzo dobre jedzenie. Gdy wylatywaliśmy w Warszawie było polskie lato, czyli około 20 stopni Celsjusza. Gdy wysiadłam z samolotu w Hawanie, zrobiło mi się nieznośnie gorąco. To niemiłe uczucie towarzyszyło mi przez całe dwa tygodnie trwania festiwalu, w ogóle nie mogłam się zaaklimatyzować. Występowałam w salach, gdzie w ścianach były otwory i tworzyły się przeciągi. W takich warunkach bardzo trudno się ćwiczyło z szarfą. Zostałam zakwaterowana z działaczkami politycznymi. Zakupy mogliśmy robić w sklepie przeznaczonym specjalnie dla gości. Dla Kubańczyków wszystkie towary były reglamentowane. Rozprowadzano je za pośrednictwem hurtowni – magazynów. Hawana sprawiała wrażenie miasta zaniedbanego – odrapane domy, duże, stare amerykańskie auta. I ludzie smutni, bez uśmiechu. Podczas jednego z dni festiwalowych na Placu Zwycięstwa tłumy słuchały bardzo emocjonalnego przemówienia Fidela Castro. Nic z niego nie rozumiałam, ale domyślałam się, że zachwalał ustrój komunistyczny.”

Sławka bardzo miło wspomina spotkania całej polskiej ekipy. Miała możliwość porozmawiania z najbardziej topowymi wówczas artystami: Andrzejem Rybińskim, Januszem Krukiem, Marylą Rodowicz, Januszem Olejniczakiem. Oglądała też ich koncerty. Podczas swojego występu  zaprezentowała oczywiście popisowy układ z biało – czerwoną szarfą. Najcieplej wspomina powrót, bo na lotnisku przysiadł się do niej Czesław Niemen i uciął sobie z nią długą i miłą pogawędkę. Była bardzo wdzięczna Ministerstwu Sportu, że wytypowało ją na ten wyjazd. 

 

WIELE TALENTÓW – TRUDNE WYBORY

 

„Ostatni raz na salę gimnastyczną weszłam w roku 1980 – pod koniec wakacji, między maturą a studiami. Nadal byłam wówczas najlepszą zawodniczką w Polsce, ale czułam się już tym ogromnym wysiłkiem bardzo zmęczona. Postanowiłam zakosztować tak zwanego normalnego życia. Chciałam móc jeść lody i inne słodycze. I nie myśleć ciągle o wadze. Dziennikarze byli zaskoczeni, dzwonili do rodziców i do mnie z pytaniami, co się stało. Szukali sensacji, zamierzali robić programy. A ja postanowiłam zakończyć ten etap w swoim życiu. Tym bardziej, że marzyłam o regularnym uczestniczeniu w zajęciach na studiach, a nie z doskoku.” – wspomina Sławka.  

 

Żyła tak intensywnie, że nie miała nawet czasu, aby zastanowić się nad wyborem kierunku studiów. Mając mistrzowską klasę międzynarodową mogła studiować bez egzaminów wstępnych na Akademii Wychowania Fizycznego. Bardzo dobrze sobie tam  radziła, ale marzyła o tym, aby podjąć naukę na Uniwersytecie Adama Mickiewicza. Po pierwszym roku Akademii Wychowania Fizycznego złożyła więc do rektora pismo o przyjęcie na dziennikarstwo. Została przyjęta na drugi rok, ale pod warunkiem, że równolegle zaliczy pierwszy. Średnią miała na tyle wysoką, że mogła złożyć wniosek o indywidualny tok studiów. Chodziło jej głównie o to, aby uniknąć nauki przedmiotów związanych z propagowaniem socjalizmu. I tutaj też uzyskała zgodę rektora, ale warunek był taki, że jeden przedmiot z dziennikarstwa zamieni na dwa na innych kierunkach. Dzięki temu studiowała gościnnie równolegle na polonistyce, filozofii i socjologii. Obroniła pracę magisterską na dziennikarstwie, a po kilku latach ukończyła jeszcze germanistykę. Po zakończeniu kariery sportowej otrzymała propozycję współpracy od kilku czasopism, między innymi od „Nurtu”. Z opublikowanych tam tekstów najciekawsza jej zdaniem była recenzja spektaklu Wrocławskiego Teatru Pantomimy Henryka Tomaszewskiego „Rycerze Króla Artura”.

„Niewiele spektakli zrobiło na mnie tak piorunujące wrażenie, jak właśnie ten. Opowiadanie ruchem bez słów – to jest dopiero poezja!” – wspomina.

Uważa, że miała szczęście, bo mogła posmakować różnych zawodów. Została zaproszona do współpracy z Ośrodkiem Telewizyjnym w Poznaniu. Nieźle jej tam szło, ale czuła, że to nie jej miejsce.

Podobnie było na planie filmowym, choć cieszy się, że ma także taką przygodę za sobą. Po zakończeniu uprawiania gimnastyki, na fali popularności zagrała główną rolę w filmie Ryszarda Filipskiego „Kto ty jesteś”, w odcinku pt. „Wytłumacz mi, stary”. W zasadzie grała tam siebie – nastolatkę niezadowoloną z otaczającej nas wtedy rzeczywistości. Na kolaudacji niestety nie była obecna, bo w tym czasie pracowała już w Austrii jako trenerka. Potem miała jeszcze oferty grania, ale nie czuła się dobrze jako aktorka. Ten zawód nie pasował do jej natury. Film zaległ niestety gdzieś na półce, bo Filipski właśnie w 1981 r. skłócił się ze środowiskiem i na wiele lat wycofał się z życia artystycznego. A Sławce pozostała piękna pamiątka w postaci bardzo wówczas popularnego czasopisma „Film” – z nią na okładce.

Przez pewien czas była trenerką gimnastyki artystycznej. Dobrze jej szło, ale po 12 latach, które spędziła w sportowym reżimie jako zawodniczka, nie chciała takich mocnych przeżyć do emerytury.

Wybrała zawód nauczycielki. Przez wiele lat uczyła w szkołach w Poznaniu i okolicy. Odpowiadało jej to, że to praca normowana i wiadomo, o której się zaczyna i o której kończy. To bardzo ułatwiało Sławce dbanie o życie rodzinne i pomoc rodzicom. Za pracę w oświacie otrzymała w roku 2015 Nagrodę Prezydenta Miasta Poznania.

Pięknie opowiada o swoim zawodzie:

 

Tu mi było dobrze. Spokojnie i ożywczo. Uczyłam wiedzy o społeczeństwie i języka niemieckiego. Byłam opiekunką zespołu redagującego gazetkę szkolną. Przygotowywałam też wiele imprez okolicznościowych, opracowywałam do nich scenariusze i układy taneczne. Czułam misję. Lubię młodych ludzi i dogaduję się z nimi. Dałam im z siebie wszystko. Młodzi ludzie wnoszą dużo radości do życia. Wystarczy ich kochać i oni to zaraz wyczują i odwzajemnią. Nie miałam z nimi problemów. Jeśli już, to tylko jakieś jednostkowe. Umiałam ich zachęcić do nauki. Na lekcjach wiedzy o społeczeństwie uczyłam ich o pacyfizmie, choć – o zgrozo – nie było tego w programie! Młodzież zapalała się do tej idei i proponowała – oczywiście w żartach – żebym startowała w wyborach prezydenckich. Dbałam o to, żeby w każdej klasie, którą los mi przeznaczył, uzmysłowić uczniom bezsens wojen.

 

 

Pacyfistyczne poglądy wyraziła w wielu wierszach. Jak choćby ten:

 

 

Wyścig

chciałabym

przeczytać w gazecie

że wreszcie  odbywa się

wyścig

rozbrojeń

 

O spokojnym, pośmiertnym sąsiedztwie, być może walczących z sobą za życia ludzi, pisze w innym utworze:

 

Lubię chodzić na cmentarz

 

jest tak spokojnie –

przechodzę obok Kowalskich Schmidtów

Fiedorowów Szulmanów

 

wszyscy sobie leżą obok siebie

równi sobie

nie ma ważniejszych

 

nie ma waśni

nie ma pośpiechu

jest cisza

 

a wiatr modli się za tych

poza cmentarzem

 

 POWRÓT DO POEZJI

 

Od niedawna Sławka jest na emeryturze. Dzięki temu ma czas, aby uczestniczyć w spotkaniach literackich. Na przykład w Klubie „Dąbrówka”, gdzie już od 50 lat koło literackie prowadzi Jerzy Grupiński. Bywała na spotkaniach tej grupy już w młodości, potem jednak pochłonęło ją życie rodzinne. Nie było ono bezproblemowe. Najgorszy był dla niej rok 2007 – wiosną zmarł jej tata, a w Boże Narodzenie mąż. W tym czasie także ciężko rozchorowała się jej mama, która od tej pory wymaga stałej opieki. Sławka absolutnie nie uskarża się na swój los. Przyjmuje wszystko z pokorą. Jest zawsze uśmiechnięta, życzliwa, gotowa nieść pomoc, zarówno swoim najbliższym, jak i znajomym. A gdy jest jej bardzo trudno, zwraca się z prośbą o pomoc do Najwyższego. Modlitwa napełnia ją spokojem, dodaje sił:

 

 

Sam na sam

 

świątynia wypełniona ciszą

siedzę w kąciku

 

anioły szepczą paciorki

święci w obrazach zamknięci

pachnie kadzidłem

 

mury takie mocne

sklepienie gwiaździste wysoko

witraże opowiadają swoje historie

jest błogo

 

gdy nałapię tej ciszy

to już idę 

żeby podzielić się nią z ludźmi

 

Ma świadomość, że być może wiele możliwości i szans w życiu zmarnowała. Wynikało to jednak często z faktu, że chciała być uczciwa i wierna sobie. Tak o tym mówi:

 

 

„Niczego nie żałuję. Nie mogłam zostać aktorką, bo nie mam osobowościowych predyspozycji. Zdawałam sobie z tego sprawę i wcale, ale to wcale za tym nie tęskniłam. Zagranie roli w filmie traktowałam jako przygodę i sposobność na potwierdzenie tego przeczucia. Zawsze dużo bardziej wolałam słowo pisane niż mówione. Lepiej, bezpieczniej się czuję, gdy mogę się zastanowić nad słowem, które napiszę. Gdy mam czas, by je przemyśleć, zmienić, bo właśnie to poprzednie przestało mi się podobać. Mówi mi się znacznie gorzej, nawet kwestie wyuczone. Życie biegło, wiersze były zawsze blisko – te uznanych poetów i te we mnie. Nieraz napisał się na przygodnej karteczce i lądował w szufladzie. I tak było do grudnia 2020 r., kiedy to zaprosiłam koleżanki gimnastyczki do siebie. Na spotkaniu była też moja pierwsza trenerka, Grażyna Bojarska. Ona zadała nam niewinne pytanie o to, kim właściwie chciałyśmy zostać, gdy byłyśmy młode. Ja powiedziałam, że poetką. Kiedy wymówiłam to słowo, to mnie oświeciło, że nic nie robię ze swoimi marzeniami. I wtedy wylała się ze mnie fala myśli zbieranych przez całe życie i pisał się wiersz za wierszem. I postanowiłam spróbować zapukać do drzwi, za którymi ukryty był poetycki świat. W zasadzie to ciągle czekałam na ten moment, że ktoś poda mi rękę, uchyli mi drzwi do świata marzeń. O tym, że piszę wiersze wiedzieli tylko moi rodzice, przyjaciółka i kilka osób z Klubu Dąbrówka. Na dwudzieste pierwsze urodziny rodzice kupili mi maszynę do pisania, dołączyli do niej kartkę z takim tekstem: „Życzymy Ci, żeby pisanie sprawiało Ci wiele radości”. Mam tę maszynę do dzisiaj.”

 

Sławka jest osobą bardzo chłonną, otwartą na kulturę. Kocha nie tylko literaturę, ale też muzykę, film, teatr. Jej ulubieni poeci? Jest ich wielu. To m.in.: Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, Julian Tuwim, Władysław Broniewski, ks. Jan Twardowski, Zbigniew Herbert, Tadeusz Różewicz, Cyprian Kamil Norwid (choć przyznaje, że nie wszystkie jego wiersze rozumie), Leopold Staff, Miron Białoszewski, Halina Poświatowska, Krzysztof Kamil Baczyński, Konstanty Ildefons Gałczyński, Bolesław Leśmian, Edward Stachura, Krystyna Miłobędzka, Edward Balcerzan i jeszcze wielu innych. Lubi też czytać książki i artykuły filozoficzne.

Jeśli chodzi o muzykę, ma bardzo szerokie spektrum upodobań: od klasyki przez pop, rock, blues, jazz, reggae, a nawet rap. Słucha utworów, które ją w jakiś sposób poruszają: albo wzruszają, albo smucą, albo rozpogadzają. Nie jest w stanie ich wszystkich wymienić, jest ich za dużo. Już w obrębie tylko muzyki klasycznej musiałaby podać nazwiska wielu kompozytorów. Lubi klimat filmów Pedro Almodóvara, Richarda Curtisa i wiele jeszcze konkretnych filmów innych reżyserów. Kocha być w filharmonii i w teatrze.

 

„I nie przestaje mnie zachwycać natura, a chmury wręcz codziennie zadziwiać, więc spacery są dla mnie zawsze doznaniem estetycznym.” – dodaje Sławka.

 

W sierpniu 2022 r. w podpoznańskim Pałacu Jankowice zorganizowany został „Podwieczorek artystyczny”, podczas którego jej wiersze czytał znakomity aktor Teatru Nowego w Poznaniu, Michał Grudziński. Oprawę muzyczną przygotował Krzysztof Winiszewski, z którym Sławka współpracowała w czasach swoich sportowych triumfów.

Jesienią 2022 r. Fundacja Poetariat wydała jej zredagowany przeze mnie debiutancki tomik poetycki zatytułowany „Tańcząca w chmurach”. Na pierwszej stronie okładki jest piękne zdjęcie Sławki z występu podczas zawodów gimnastycznych w Swierdłowsku. Autorem rysunków zamieszczonych w książce jest Radosław Barek, kolega poetki ze szkoły podstawowej, a obecnie profesor Politechniki Poznańskiej, autor m.in. słynnego muralu na Śródce. Na ostatniej stronie okładki została zamieszczona m.in. wypowiedź Michała Grudzińskiego:

„W wierszach Sławomiry Sobkowskiej – Marczyńskiej  ujęła mnie prostota wyrażania myśli. Są sformułowane w sposób zrozumiały dla każdego i tak, że każdy je może uznać za swoje. A jednocześnie poetka zaprasza odbiorcę w głębię myśli ubranej nierzadko w niewiele słów. W jej wierszach wyczuwa się szczerość przekazu wypływającego prosto z duszy. Właśnie duchowość wyróżnia tę twórczość. Poetka z wyjątkową wrażliwością dotyka w swoich wierszach spraw człowieka, empatycznie wczuwając się w jego krzywdę. Jest wiarygodna. Można jej uwierzyć.”

 

A to fragmenty recenzji, którą na portalu TOMIKOVO zamieściła Monika Magda Krajewska:

 

„Niedawno trafił do mnie debiutancki tom Sławomiry Sobkowskiej-Marczyńskiej zatytułowany „Tańcząca w chmurach”, wydany przez Wydawnictwo Fundacji Poetariat. Przyciąga bardzo ładną i miłą w dotyku aksamitną okładką. Wewnątrz znajdziecie interesujące ilustracje, których autorem jest Radosław Barek. (…) „Tańcząca w chmurach” to tomik, który mnie zaskoczył, bo z jednej strony napisany prostym językiem, zrozumiałym praktycznie dla każdego – choć bardzo poetyckim i pełnym metafor – a ma w sobie tyle warstw, że za każdym razem, gdy biorę go do rąk, odkrywam coś zupełnie nowego. (…) to poezja dojrzała, znajdziemy w niej  nawiązania do motywów religijnych, do otaczającej rzeczywistości, ale w ich centrum zawsze jest człowiek („by zawsze i wszędzie / najpierw dostrzegać / człowieka”). To on ze swoimi lękami, słabościami, marzeniami oraz śmiertelnością jest w poezji Autorki najważniejszy.(…) Jej wiersze powstają bardzo świadomie, są przemyślane, jak sama pisze „chodzi o to / by / wmilczeć w wiersz / takie słowo / które nie zdradzi / że jest / nie z tego świata.” (…)”

W listopadzie Sławka czytała swoje utwory podczas koncertu poznańskiej grupy Areté w Spółdzielczym Domu Kultury w Sieradzu. Lider i wokalista zespołu, Jerzy Piotr Struk nawiązując do jej sportowej przeszłości, zażartował, że pięknie byłoby, gdyby na przykład Robert Lewandowski wyznał w którymś z wywiadów, że tak naprawdę całe życie marzył o pisaniu wierszy. Jakżeby to przyczyniło się do popularyzacji poezji!

A Sławka pisze do mnie:

„Rodzina i znajomi mówią mi, że coś się we mnie zmieniło. Gdybym nie spotkała ciebie, nie stałabym się odważniejsza, nie myślałabym pozytywnie o swoich wierszach i marzyłabym, marzyła, nie mając odwagi zrobić kroku do przodu.”

I w tym miejscu po raz kolejny wyraża mi swoją wdzięczność za to, że  uchyliłam jej drzwi do świata poezji, ośmieliłam, dodałam odwagi, aby wyszła ze swoją twórczością do ludzi. A ja jestem zdziwiona, że kilka aprobujących zdań, prezentacja wierszy w radiu lub portalu internetowym tak bardzo może zmienić czyjeś życie. I uświadamiam sobie po raz kolejny, że moja wieloletnia praca na polu literatury (chyba) ma sens.

„WILNO, CZY TY PAMIĘTASZ MNIE?” NA POLONIJNYM PORTALU „CULTURE AVENUE” (USA)

Na prowadzonym przez Joannę Sokołowską – Gwizdka polonijnym portalu Culture Avenue (USA) opublikowany został mój artykuł o Krzysztofie Cwynarze.

https://www.cultureave.com/wilno-czy-ty-pamietasz-mnie/

Maria Duszka (Polska)

 

W 2019 r. za pośrednictwem dziennikarza radiowego Piotra Spottka mój polsko – litewski tomik „Wolność chmur / Debesų laisvė” trafił do rąk Krzysztofa Cwynara. Wiersze tak spodobały się artyście, że kilka miesięcy później zaprosił mnie do warszawskiego Klubu Księgarza, abym zaprezentowała je podczas wieczoru zorganizowanego z okazji jego 77 urodzin. Dzięki temu miałam okazję poznać jednego z ulubionych piosenkarzy z czasów mojej młodości. Wśród gości imprezy było wielu ludzi ze świata muzycznego, m.in.: Ewa Śnieżanka, Lucyna Owsińska, Andrzej Frajndt i Elżbieta Korczakowska, żona nieżyjącego już Jacka Korczakowskiego.

Krzysztof Cwynar urodził się 30 sierpnia 1942 r. w Wilnie. Jest piosenkarzem, kompozytorem, autorem tekstów piosenek, poetą, animatorem kultury, wielokrotnym uczestnikiem Krajowego Festiwalu Piosenki Polskiej w Opolu, Międzynarodowego Festiwalu Piosenki w Sopocie, Festiwalu Piosenki Żołnierskiej w Kołobrzegu, Festiwalu Piosenki Radzieckiej w Zielonej Górze i Festiwalu Polskiej Piosenki w Wilnie.

Studiował w Państwowej Wyższej Szkole Filmowej, Telewizyjnej i Teatralnej im. Leona Schillera oraz na Wydziale Wokalnym Państwowej Wyższej Szkoły Muzycznej w Łodzi. – Byłem uczniem profesora Grzegorza Orłowa. On uważał, że ja jestem zjawiskiem i „rozchybotał” mi głos, bo lubił vibrato. Ja byłem na to podatny. Zresztą bardzo się lubiliśmy, był to wyjątkowy człowiek – wspomina Krzysztof Cwynar.

Należy do tych artystów, którzy potrafią swoim pełnym ekspresji śpiewem rozkołysać całą salę. Jako piosenkarz zadebiutował w  1964 roku na Radiowej Giełdzie Piosenki w Warszawie z własną kompozycją „Pożegnania na peronach”. Już w następnym roku wystąpił na Krajowym Festiwalu Polskiej Piosenki w Opolu z utworem „Cyganka” skomponowanym przez siebie do wiersza Władysława Broniewskiego. Zdobył wówczas I nagrodę w kategorii „Nowe głosy” i został zakwalifikowany do występu na Międzynarodowym Festiwalu Piosenki w Sopocie. Jego wielkie przeboje to także „Kochaj mnie choć kilka chwil” i „Komu w drogę”.

Śpiewał z naszymi najlepszymi orkiestrami: Stefana Rachonia, Henryka Debicha, Bogusława Klimczuka, Jerzego Miliana, Edwarda Czernego i Leszka Bogdanowicza. Jest twórcą wielu piosenek, ballad, utworów kabaretowych, pieśni religijnych, spektakli i przedstawień muzycznych. Wydał 16 kaset i 14 płyt. Koncertował m.in. w: Czechosłowacji, Austrii, Belgii, Kanadzie, Mongolii, Francji, Stanach Zjednoczonych i Związku Radzieckim. Skomponowane przez niego piosenki śpiewali m.in.: Anna German, Irena Santor, Krystyna Giżowska, Anna Pietrzak, Jerzy Połomski, Ewa Śnieżanka, Edward Hulewicz, Michaj Burano, Zofia i Zbigniew Framerowie.

A NIE BYŁY ŁATWE DROGI

 

Ktoś jeszcze chciałby przemocą zatrzymać ten kruchy czas

Ktoś jeszcze raz chciałby przebiec przez wspomnień ogromny las

Patrzy jak z rąk się wymyka ostatnia możliwych szans

Nagle rozumie, że dłużej nie umie tak żyć.

Wilno, czy ty pamiętasz mnie?

Wilno, gdzie urodziłem się.

Jest do dziś przy Ostrej Bramie dom

Zawsze był ozdobą moich snom

(…) Nie dziw się dziś w oczach moich łzom, Wilno

To fragment piosenki Krzysztofa Cwynara zatytułowanej „Wilno”. Choć mieszkał w tym mieście zaledwie 3 lata, to czuje się z nim bardzo związany emocjonalnie. Niezwykła i pełna wydarzeń graniczących z cudami jest historia osiedlenia się rodziny Cwynarów w powojennej Polsce.

– Mój ojciec poznał moją mamę podczas  studiów medycznych we Lwowie. Rodzice pobrali się i tata dostał pierwszą pracę w 1937 r. w Wilnie. Zabrał tam mamę i mojego brata – wspomina piosenkarz. – Tam się urodziłem w 1942 r.  Pewnego dnia mama wyszła ze mną na spacer. Ja niedawno nauczyłem się chodzić i byłem bardzo dumny, że idę sobie po ulicy. Naprzeciwko mnie szła brązowa suczka z posiwiałym pyskiem. Prowadziła ją na smyczy młoda dziewczyna. Ja od pierwszego wejrzenia polubiłem tę sukę. Ona była mojego wzrostu. Objąłem ją i nie chciałem jej puścić. I ta młoda Litwinka uzgodniła z mamą, że pójdzie z tym psem do naszego domu. I one się do tego stopnia dogadały, że jak mama jeździła do pracy, to ona się mną opiekowała. Miała na imię Bronia.

Tata zorganizował podziemny kurs dla polskich pielęgniarek, żeby w razie potrzeby mogły się opiekować rannymi Polakami. Dostał za to bardzo wysoki wyrok od Rosjan. Trafił do więzienia. A jednocześnie Rosjanie szukali osoby, która poprowadziłaby taki kurs dla ich kobiet. I jego przyjaciel, rosyjski lekarz powiedział, że tylko mój ojciec może to zrobić. Znał wiele języków, między innymi rosyjski, więc mógł prowadzić taki kurs. Rosjanie wypuścili go z więzienia, ale nie zdjęli wyroku. Ojciec wiedział, że może być różnie. Wtedy ten jego przyjaciel dowiedział się, że jedzie pociąg do Polski. Poradził, aby rodzice wzięli tylko najlżejsze rzeczy i uciekali do tego transportu. Sam miał zastąpić ojca i poprowadzić kurs dla rosyjskich pielęgniarek.

Krzysztof Cwynar podczas wieczoru z okazji 77 urodzin w warszawskim Klubie Księgarza, 2019 r., fot. Maria Duszka

To był luty, straszna zima. Wsiedliśmy do pociągu towarowego. Ten człowiek, który prowadził lokomotywę, zatrzymywał ją co jakiś czas i zbierał od ludzi biżuterię i pieniądze. A jak już wszystko wziął, to odłączył lokomotywę i wrócił do Wilna. A nas zostawił w tych nieogrzewanych wagonach w polu. Nie dojechaliśmy nigdzie. I wtedy mój ojciec, choć miał początki gruźlicy, poszedł pieszo do Białegostoku. Ludzie zamarzali w sąsiednich wagonach. A jak Bronia dowiedziała się, że my wyjeżdżamy, powiedziała swoim rodzicom, że nie może żyć beze mnie i pojechała z nami. I to był cud, bo ona znikała gdzieś w lesie i od jakichś partyzantów, albo ludzi mieszkających w okolicy przynosiła mleko, chleb i bimber. To wystarczało tylko dla tego naszego jednego wagonu. Uratowała życie nam i jeszcze paru osobom, a reszta zamarzła.

Po pięciu dniach tata przyjechał z Białegostoku lokomotywą, którą załatwił mu ówczesny minister aprowizacji i handlu, a później minister zdrowia, Jerzy Sztachelski. Podłączyli tę lokomotywę, przyjechaliśmy do Białegostoku. Sztachelski dał nam samochód towarowy i pojechaliśmy do Albigowej pod Łańcutem, skąd pochodził mój tata. Dom dziadków był poza wsią, w takim sadzie. Wydawało się, że możemy się tam już czuć bezpiecznie. Sielanka trwała jednak bardzo krótko, ponieważ pewnego dnia przyszła banda UPA, poobcinali głowy koniom, krowom i świniom, a potem wyciągnęli nas z domu. Staliśmy w tym zimowym sadzie, tata trzymał mnie na rękach. Znam to z opowieści mojego brata… I stał się kolejny cud. Nagle ten herszt bandy zaczął się uważnie przyglądać mojemu ojcu, podszedł do niego i powiedział „Staszek?”. I wtedy tata go poznał. Oni razem studiowali medycynę we Lwowie. Ten herszt był z wykształcenia lekarzem. Puścił nas wolno.

Stamtąd pojechaliśmy do Krakowa, bo tata dostał pracę w szpitalu psychiatrycznym w Kobierzynie. Po kilku latach przenieśliśmy się do Lublińca. Tata założył tam klinikę psychiatryczną. Ku zgrozie władz partyjnych, poświęcił ją jego kolega, ksiądz Roman Indrzejczyk; po latach zginął w katastrofie smoleńskiej.  W 1957 r. zamieszkaliśmy w Łodzi, gdzie tata został dyrektorem kliniki. Cały czas pracował też naukowo, był profesorem i prorektorem łódzkiej Akademii Medycznej. W latach 1970 – 1984 mieszkałem w Warszawie, a po śmierci ojca wróciłem do Łodzi. Ja kocham to miasto, jestem absolutnym jego fanem – wyznaje Krzysztof.

*

WIGILIA Z DUCHEM

Zmiany miejsc zamieszkania wiązały się ze zmianami obyczajów. Także tych świątecznych.

– Gdy z Wilna przyjechaliśmy po wojnie do Krakowa, obchodziliśmy nadal święta w stylu wileńskim. Była kutia, śliżyki, barszcz z uszkami, karp. Było pięknie. Żyli jeszcze dziadkowie. Była moja wileńska niania, Bronia. I suczka Muszka. Tata śpiewał pięknym barytonem kolędy. W 1952 r. zamieszkaliśmy w Lublińcu, Tam w czasie Wigilii nagle zobaczyłem, jak do stołu podchodzi mój dziadek, który nie żył już od dwóch lat. Spojrzałem na tatę i widziałem, że on go też widzi. Tuż za oparciem krzesła postać dziadka rozpłynęła się w powietrzu. Tata uścisnął mi rękę i pokiwał głową bez słów.

– Gdy zamieszkaliśmy w Łodzi, nasze wigilie zaczęły ulegać zmianie – pojawiły się trochę inne potrawy, a barszczyk z uszkami powoli ustępował zupie grzybowej. Gdy pobraliśmy się z moją żoną Jolą, wigilie były już łódzkie. Po śmierci moich rodziców coraz mniej nas było przy stole. Gdy umarła Jola, wigilie były już tylko trzyosobowe – jej siostra, mój brat i ja. Po ich śmierci zostałem sam. Teraz na wigilię zapraszają mnie przyjaciółki prowadzące ze mną Studio Integracji: Małgosia Grzesiak i Ania Pietrzak. Jestem im wdzięczny, że dzięki nim nie zostałem sam. A o północy posłucham, co mówią do mnie moje trzy koty. – opowiadał Krzysztof Cwynar w świątecznym wydaniu radiowej audycji „Pod wielkim dachem nieba” w 2020 r.

*

 TO NIE MOŻE BYĆ KIOSK Z BYLE CZYM

 Krzysztof wciąż uważnie obserwuje życie muzyczne. Kto się jego zdaniem wyróżnia?

Spośród współczesnych wykonawców cenię Sylwię Grzeszczak. Ona robi taki witraż ze słów i muzyki, jest to niezwykle uzdolniona osoba. Bardzo cenię Festiwal Piosenki Aktorskiej we Wrocławiu. Ma obłędną ilość wspaniałych wykonawców. Według mnie to jest fenomenalny prezent dla kultury polskiej. Jeśli chodzi o piosenkę literacką… szkoda, że Leszek Długosz nie ma następcy. Wiadomo, że artyści w moim wieku na pewno tęsknią do młodości – po pierwsze. A po drugie do oprawy muzycznej. Na przykład aranż z dzwonami zrobiony przez Bogusława Klimczuka do mojej piosenki „Zawstydzona”… Oprawa, o jakiej się w tej chwili nikomu z młodych nawet nie śni. Z orkiestrą Klimczuka wystartowałem w Opolu i Sopocie. Pamiętam orkiestry Rachonia, Miliana. Może konwencjonalne, ale obłędnie fantastyczne, przepięknie brzmiące. To nie były aranże robione do jakiegoś widowiska na kolanie. Wszystko było przemyślane, to był muzyczny teatr! Teraz nie ma takiej orkiestry, która byłaby zaopiekowana i czuła się potrzebna. I dawała satysfakcję wykonawcom. A wykonawcy w tej chwili nawet nie wiedzą, że jest taka możliwość, bo im los tego nie podsunął. Bo albo nie było pieniędzy, albo wyobraźni. Po prostu jeżeli ktoś prowadzi taką działkę artystyczną, cokolwiek by to nie było, to musi mieć wyobraźnię. To nie może być kiosk z byle czym.

DWADZIEŚCIA KOTÓW I STUDIO INTEGRACJI

Krzysztof Cwynar miał zawsze wielkie serce dla zwierząt. Często zdarzało się, że przynosił do domu koty po wypadkach. Na szczęście jego żona również je kochała.

– W którymś momencie mieliśmy ich ponad dwadzieścia. I jeszcze dwa psy, chomika i gołębia. Kiedyś przyjechała z Australii Ela Ostojska, była wokalistka zespołu „Pro Contra”. Jak ona weszła do naszego domu, to ta cała hałastra poszła do przedpokoju, żeby ją przywitać. No to był ruszający się dywan! Ona powiedziała: „Boże, ile tu jest zwierząt!”,  a ja próbując  ratować sytuację powiedziałem  „Nie, jest ich mało, tylko one się tak szybko przemieszczają” – wspomina z uśmiechem artysta.

Zachwycony wierszem Wisławy Szymborskiej „Kot w pustym mieszkaniu”, skomponował do niego muzykę i nagrał piosenkę. Wysłał ten utwór do noblistki i bał się, że będzie awantura, że stworzył go bez jej zgody. A dostał podziękowanie od jej sekretarza, Michała Rusinka. – Zawsze ją uważałem za pomnik poezji polskiej. Była to wyjątkowej klasy i krasy osoba. Jest wielu poetów, którzy widzą życie w podobny sposób, ale żaden z nich nie potrafił tak trafnie i, jak trzeba, z takim poczuciem humoru podejść do rzeczy absolutnie tragicznych – uważa artysta.

Krzysztof ma też serce otwarte dla ludzi, szczególnie tych pokrzywdzonych przez los. Od 1997 r. jest prezesem działającego w Łódzkim Domu Kultury Stowarzyszenia Studio Integracji. W organizowanych przez niego zajęciach mogą wziąć udział wszystkie osoby, które posiadają orzeczenie o niepełnosprawności, potrafią śpiewać i lubią występować na scenie. W 2007 r. Studio Integracji zostało wyróżnione statuetką  Państwowego Funduszu Osób Niepełnosprawnych.

Kiedyś niepełnosprawność dziecka była jakąś porażką dla wielu rodzin. Teraz rodzice i opiekunowie inaczej to traktują. Prowadzimy rehabilitację przez sztukę dla osób z różnymi rodzajami niepełnosprawności. Dwa razy do roku – w czerwcu i październiku – organizujemy w łódzkim Teatrze Muzycznym koncerty, w których obok osób niepełnosprawnych występują też profesjonalni artyści. Współpracuje ze mną Anna Pietrzak z zespołu „Partita” – opowiada artysta.

Jest autorem i kompozytorem piosenki zatytułowanej „Z ludźmi dla ludzi”. Wyraża w niej swoje pragnienie, aby świat choć trochę zmienił się na lepsze. On wierzy, że to możliwe. I swoimi czynami to potwierdza. Przecież tak niewiele potrzeba:  

(…)

Z ludźmi dla ludzi

Polityko

Może wtedy też i ty z uśmiechem się obudzisz

Przeciw ludziom zagrań twych świat dość już ma

Z ludźmi dla ludzi

Nigdy przeciw ludziom, zawsze za (…)

I niech piękne, wzniosłe hasła

Dadzą im do chleba masła

Dzieci niech nie wiedzą, co to głód

Niech nie puchną lewe konta

Niech bałagan ktoś posprząta

Biedni ciągle liczą na ten cud.

 

Maria Duszka podczas wieczoru z okazji 77 urodzin Krzysztofa Cwynara w warszawskim Klubie Księgarza, 2019 r., fot. arch. autorki