W 1981 r. mieszkałam we Wrocławiu. Tego lata na XIX Krajowym Festiwalu Polskiej Piosenki w Opolu narodziło się kilka przebojów. Jednym z nich był „Kombajnista”. Słyszałam tę piosenkę mnóstwo razy, nie tylko we własnym radiu. Kiedy się szło ulicą, jej melodia dobiegała otwartych okien wielu domów. To był dosłownie wybuch popularności Trzeciego Oddechu Kaczuchy. Zespół zdobył na tym festiwalu I Nagrodę w Konkursie Interpretacji za wykonanie piosenki „Okularnicy” Agnieszki Osieckiej i Jarosława Abramowa. A podczas opolskiego kabaretonu publiczność entuzjastycznie przyjęła ich utwór „Wódz”.
Trzeci Oddech Kaczuchy został założony w Olsztynie przez Andrzeja Janeczko, Maję Piwońską i Zbigniewa Rojka w styczniu 1981r. Działał przy Wyższej Szkole Pedagogicznej (obecnie to wydział Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego), gdzie już wcześniej Andrzej Janeczko i Wiesław Nideraus utworzyli kabaret „Ładne kwiatki”.
Remi Juśkiewicz na koncercie w Sieradzu. Fot. Maria Duszka
Od 2017 r. współtworzę z Piotrem Spottkiem audycję muzyczno – poetycką „Pod wielkim dachem nieba”. Nagrywamy ją w domu, po czym przesyłamy do Radia Muzyczna Cyganeria, Radia KSON i polonijnego Radia Islanders w Wielkiej Brytanii. Przez kilka lat goście przyjeżdżający do nas na wywiady z różnych stron kraju, mogli liczyć na posiłek, a czasem także na nocleg. Dopiero w czasie epidemii, udało nam się zdobyć sprzęt i opanować umiejętności pozwalające na zdalne przeprowadzanie wywiadów. Ma to swoje plusy, bardzo ułatwia pracę. Jednak dzięki tym bezpośrednim spotkaniom nawiązaliśmy znajomości, które przyniosły niezwykłe owoce. Jak na przykład ta z Remigiuszem Juśkiewiczem. W pewne niedzielne popołudnie w 2018 r. Remi przyjechał do nas na wywiad. Był w drodze z Inowrocławia do Londynu. Okazało się, że jest bardzo sympatycznym, życzliwym, otwartym człowiekiem. Po obiedzie i wywiadzie podarowałam mu swój tomik „Freienwill” – ot tak, bez specjalnej intencji. Nie spodziewałam się, że cokolwiek z tego wyniknie. Potem Remi powiedział mi, że już w drodze do Londynu zaczął komponować muzykę do kilku moich utworów. Tak zaczęła się nasza współpraca. Remigiusz Juśkiewicz urodził się w 1962 r. w Zgorzelcu, przez wielelat mieszkał w Inowrocławiu. Jest muzykiem, kompozytorem, aranżerem, multiinstrumentalistą, wokalistą i animatorem kultury.
WYZNAWCA BEATLESÓW
Nieustająco jestem zafascynowany Beatlesami. Jestem wręcz ich wyznawcą. Niektórzy myślą, że to tylko „She loves you, yeah, yeah, yeah…”. Nie wiedzą, jaki ten zespół miał wpływ na współczesną muzykę. W ciągu 7 lat – w 1963 r. wydali pierwszą wspólną płytę, a ostatnią w 1970 r. – wywrócili cały świat muzyki pop do góry nogami. To fenomen muzyczny i socjologiczny. A przecież nie byli wyedukowani muzycznie. Dlatego jedna z pierwszych piosenek, jakie nagrałem to „Song dla pana L” – czyli dla Johna Lennona – do tekstu Wiesława Fałkowskiego. – mówi Remi. Oto fragment tego utworu:
Brzozowy pień biały – obejmij ramionami. Chodź w piżamie rok cały – bądź na haju.
Ref. Seks, religia i telewizja. A myślałeś, że jesteś mądry? Władza i pieniądze i policja. a myślałeś, a myślałeś, że jesteś wolny?
Pokochaj świat cały – ożeń się z Yoko Ono. Wyobraź sobie wolność Wyobraź sobie wolność!
Źródłem inspiracji był dla niego także od zawsze Bob Dylan. Ale i Czesław Niemen, którego białoruskie i rosyjskie pieśni ludowe śpiewane z akompaniamentem gitary budziły jego zachwyt. Kiedyś bardziej pociągała go muzyka rozrywkowa, z wiekiem dojrzał także do słuchania klasyki. Nikt z mojej rodziny nie był profesjonalnym muzykiem. Ojciec lubił śpiewać, ale kiedy miałem 5 lat zachorował na raka krtani, więc nie mogłem ocenić jego umiejętności. Rodzice zauważyli u mnie i siostry zdolności i wysłali nas do przedszkola muzycznego – ja miałem wtedy 5 lat, ona 4. Dwa lata później przyjęto mnie do szkoły muzycznej, do klasy akordeonu. Na początku było fajnie, potem te nieustające ćwiczenia męczyły mnie, ale się nie poddawałem. W szkole muzycznej drugiego stopnia uczyłem się grać na puzonie. Mówiono mi, że puzonistów jest mało, więc będę miał pracę. Teraz wiem, dlaczego jest mało. Bo to bardzo trudny instrument. Dlatego nie udało mi się skończyć tej szkoły. Potem już sam się rozwijałem zakładając zespoły, z reguły rockowe. Byłem całe życie klawiszowcem. Teraz mam melodykę – instrument dmuchany, który ma klawiaturę przypominającą akordeon i podobnie brzmiący. Dopiero niedawno zacząłem grać na gitarze. – opowiada muzyk. Pierwszy zespół założył w wieku 16 lat. Graliśmy piosenki, które były wtedy popularne. Równolegle uczyłem się w technikum mechanicznym dla pracujących. Niewiele z tego etapu edukacji wyniosłem. W 1985 r. trafiłem do wojska, ale byłem tam tylko sześć tygodni. Odgrywałem tam trochę rolę Szwejka. Od twardych żołnierskich butów bolały mnie nogi i musiałem chodzić w trampkach. Zwierzchnicy nie mogli tego znieść – wszyscy walili w bruk butami, a ja klapałem trampkami. Stwierdzili, że albo nogi w gips albo do cywila. Jeszcze przed przysięgą zostałem wypuszczony do domu. – wspomina artysta. Po wyjściu z wojska przez 10 lat pracował jako instruktor muzyczny w inowrocławskim Domu Kultury „Kolejarz”. Zespoły, które tam prowadził zdobywały pierwsze miejsca w ogólnopolskich przeglądach kapel kolejowych. Stworzył też z kolegami zespół o nazwie YA, który koncertował w całej Polsce. Kiedy już Remi odszedł z tego bandu, koledzy wydali płytę – pierwszą w Inowrocławiu. W tamtym czasie to był duży sukces. O kolejnych swoich projektach opowiada: Zacząłem uczyć dzieci gry na keyboardzie. Wymyśliłem własną metodę, żeby im nie było nudno jak w szkole muzycznej. Może klasyka wymaga takiego „japońskiego” podejścia, żeby małe dzieci ćwiczyły po kilka godzin, a repertuar im jest brzydszy, tym lepszy. Ja byłem temu przeciwny. Dlatego wiele dzieci chętnie się u mnie uczyło. Z kilkoma kolegami otworzyliśmy też sklep muzyczny i kawiarnię w centrum Inowrocławia. Już jej teraz nie ma, ale wpisała się w historię miasta. Powołałem też pierwsze stowarzyszenie muzyczne, organizowaliśmy koncerty znanych artystów. To była taka działalność gastronomiczno – rozrywkowo – artystyczna. Kiedy kawiarnia upadła, wymyśliłem pub, który się nazywał „Remiza” – od mojego imienia Remi. Mieściło się tam ponad sto osób. Występowali artyści z Inowrocławia, ale i gwiazdy, między innymi Michał Wiśniewski z zespołem „Ich troje”. Było interesująco, ale z różnych względów niełatwo. Około 2000 r. dostał propozycję, aby przenieść swoją działalność do niedawno odkrytej zabytkowej, klimatycznej piwnicy mieszczącej się blisko dworca w Bydgoszczy. Ten lokal również nazwał „Remizą”. Była tam grana już trochę inna muzyka, bardziej młodzieżowa. Ale to też nie przynosiło dużych zysków.
W OJCZYŹNIE LENNONA
W 2003 r. wyjechał do Wielkiej Brytanii. Na sześć tygodni. Mieszka tam już 20 lat. Na początku oczywiście zaczął się uczyć języka angielskiego. Równocześnie pracował rozwożąc kanapki do różnych zakładów pracy. Od 2015 r. jest listonoszem. Rok później za namową swojej siostry Renaty rozpoczął studia. Było to możliwe dzięki temu, że w Wielkiej Brytanii można studiować nie mając matury. Zrobił licencjat z songwritingu w British and Irish Modern Institute (BIMM) pod egidą West London University, a potem studia magisterskie z zakresu produkcji muzycznej w Kingston University. Bardzo podoba mi się brytyjski system nauki. Powiedzieli mi: „Jeżeli uprawiasz hip-hop – pomożemy ci tworzyć piosenki hip-hopowe, jeżeli country to country.” I tak było. Nie ingerują, tylko starają się pomóc. Skończyłem studia z wyróżnieniem The First Certificate. Jak człowiek ma ponad 50 lat, to musi wiedzieć, czego chce, więc przykładałem się do nauki. – przyznaje Remi. Ze studiów wyniosłem jeszcze jedną istotną korzyść. W zespołach zawsze miałem problemy z wokalistami. Delikatnie mówiąc – nie mieli poczucia obowiązku. Ja zwykle śpiewałem jedynie chórki. A na studiach niemal co tydzień musiałem napisać nową piosenkę i ją zaprezentować. Tak zostałem wokalistą i frontmanem. Zawsze najważniejszy jest upór, konsekwencja i przełamywanie własnych ograniczeń, które często są tylko w naszej wyobraźni. Gdy zacząłem śpiewać publicznie, wszystko stało się prostsze. Na koncertach zauważyłem, że ludziom podobają się moje wykonania. Pozytywna reakcja publiczności uskrzydla. Po raz pierwszy zaśpiewałem samodzielnie na koncercie w sierpniu 2017 r. To były piosenki do tekstów Wiesława Fałkowskiego, poety, który również przyjechał do Wielkiej Brytanii z Inowrocławia. Potem zacząłem „kolaborować” z Dorotą Górczyńską – Bacik jako autorką tekstów. A potem to już cała litania nazwisk: Bianka Kunicka – Chudzikowska, Birutė Jonuškaitė, Danuta Nogawka, Adam Gwara i wielu innych. – mówi bard. Współpracuje także z Izą Smolarek i Alexem Sławińskim, redaktorami audycji „Studio Londyn” emitowanej w Radiu Wnet. Tworzy muzykę dla Teatru „Katharsis” działającego przy polskiej parafii w Dunstable. Remi zawsze lepiej czuł się w roli kompozytora niż autora tekstów piosenek. Chyba jednak znów przesadza ze skromnością, bo napisał już wiele dobrych utworów. Jak choćby ten dedykowany przedwcześnie zmarłemu koledze Robertowi „Mycy” Kowalskiemu zatytułowany ”Kiedy dotkniesz nieba”:
Odkąd cię pamiętam odkąd ciebie znam z głową w chmurach niepokorny Piotruś Pan
Ref.: Odfrunąłeś „Tak jak anioł” jak spłoszony ptak Czy ty wiesz jak nam ciebie brak? Kiedy dotkniesz nieba daj nam jakiś znak
Tyle planów i nieprzebytych dróg I piosenek nienapisanych słów
REMIZA PO RAZ TRZECI
Pierwszą płytę nagrał w 2019 r. Nosi tytuł „Nie mów o miłości”. Są na niej piosenki skomponowane do tekstów Grażyny Wojcieszko, poetki, która ponad 30 lat spędziła w Belgii i Francji. Remi zaśpiewał jedenaście utworów; w nagraniu brały też udział Małgorzata Kożuchowska i Maja Koman. 27 marca 2020 r. w Polskiej Ambasadzie w Brukseli miał odbyć się koncert promujący tę płytę. Jednak zamiast tego odbył się recital online na Facebooku z domu Remiego w Londynie, bo właśnie wtedy ogłoszono epidemię. Potem zagrał jeszcze 100 takich koncertów pod nazwą „Piosenki na koniec tygodnia”. Operatorem kamery od początku była jego żona Violetta. Aby było bardziej interesująco zaczął zapraszać do udziału w programie muzyków, poetów, malarzy, rzeźbiarzy. I wtedy uświadomił sobie, że mniej więcej to samo robił w Inowrocławiu – skupiał wokół siebie grono artystów. Po setnej audycji zmienił jej nazwę na… „Remiza”. W internecie ogląda ją czasem nawet do 5000 widzów. Wielu z nich zamieszcza pozytywne komentarze pod nagraniami kolejnych odcinków. Oto wpis Anny Dędor, jednej z wielu wiernych fanek Remiego: Lubię słuchać piosenek z niebanalnym tekstem, pięknych muzycznie i wykonanych poruszającym głosem artysty. A takim właśnie przyciągającym uwagę, z wyjątkowym zaśpiewem w głosie muzykiem, jest Remi Juśkiewicz. W 2020 r. ukazała się druga płyta. Od strony technicznej bardzo pomógł Remiemu słowacki muzyk i producent Juraj Fajnor. Krążek nosi tytuł ”Może pojutrze”, a znalazły się na nim utwory Doroty Górczyńskiej – Bacik, Wiesława Fałkowskiego i trzy piosenki skomponowane do moich wierszy: „Kamienieję”, „Jesień” i „Jacket”. Kilka utworów z tej płyty dotarło do czołowych miejsc Listy Przebojów Radia Wnet.
Okładka płyty „Może pojutrze”
Na pytanie czy tęskni za Polską, Remi odpowiada: Od kiedy mam brytyjski paszport, to coraz bardziej jestem patriotą. Dlatego chętnie i dość regularnie koncertuję w Polsce. Często w duecie gitarowym z Krzysztofem Kosińskim, a ostatnio także z Robertem Madziarzem. Zawsze chciał występować na żywo, nie tylko w Polsce, ale i całej Europie. Ostatnio te marzenia zaczęły się spełniać. W październiku 2022 r. koncertował w Wilnie i Wiedniu. A 4 listopada 2022 r. ku swojemu (i mojemu) zaskoczeniu i wielkiej radości zdobył III nagrodę na Międzynarodowym Konkursie Sanremo – Senior. Zaśpiewał tam po polsku piosenkę „Kamienieję” skomponowaną do mojego tekstu. W konkursie wystąpiło 60 wykonawców z 20 krajów. Impreza jest organizowana w Teatrze Ariston. Tym samym, w którym od 1951 r. odbywa się Festiwal Piosenki Włoskiej. Teledysk do piosenki „Kamienieję” na YouTube: https://www.youtube.com/watch?v=uDCnjitPY28 Na stronie polonijnego nadającego z Colchester w Wielkiej Brytanii Radia Islanders tak napisano o jego sukcesie: Remi Juśkiewicz od kilku lat prezentuje swoje piosenki przed polonijną widownią, koncertując i prowadząc własną audycję muzyczną. Międzynarodowy sukces dla znających utwory artysty nie był zaskoczeniem, gdyż aranżacje te stoją na bardzo wysokim poziomie i osiągnięcie finału światowego jest tylko potwierdzeniem ogromu pracy i talentu, którymi bezsprzecznie wyróżnia się działalność artystyczna Remiego Juśkiewicza. Gratulujemy sukcesu! A na łamach „The London Post” w dniu 11.11.2022 r. ukazał się artykuł Agnieszki Kuchnia – Wołosiewicz zatytułowany ”Britain wins 3rd prize at the Sanremo-Senior festival 2022”. Napisano w nim między innymi: This year, United Kingdom was represented by Remi Juśkiewicz, a musician living in London, who pleased with the performance of his own song called “Kamienieję” to the words of Maria Duszka (poet from Sieradz in Poland).
Zrzut ekranu
Po sukcesie w Sanremo również ogólnopolskie media zainteresowały się osobą Remiego. 15 marca 2023 r. w radiowej Jedynce, w audycji „Muzyka nocą” zostały zagrane wszystkie piosenki z jego płyty „Może pojutrze”, a ja opowiadałam o tym, jak powstał ten krążek. Remi udzielił wywiadów w TVP Polonia i TVP 3 Katowice. Wystąpi także 23 kwietnia w popularnym programie Ryszarda Makowskiego „Cafe Piosenka” w TVP 3. Artysta coraz częściej jest zapraszany na koncerty do Polski – od Wybrzeża po Śląsk. Jest również współorganizatorem wielu wydarzeń w Polskim Ośrodku Społeczno – Kulturalnym w Londynie. Pół żartem stwierdza, że w jego życiu dzieje się ostatnio tyle, że już nie wyrabia na zakrętach. Oby tak dalej, Remi! Niech się dzieje…
Statuetka dla Remiego za zdobycie III nagrody.
Remi Juśkiewicz na Międzynarodowym Konkursie Sanremo – Senior. Zrzut ekranu.
Zakrzewo to wieś gminna położona w powiecie złotowskim. To tutaj słynny Ksiądz Patron Bolesław Domański po I wojnie światowej walczył o przyłączenie ziemi złotowskiej do Polski. A gdy się to nie udało, przez cały okres międzywojenny na różne sposoby przeciwstawiał się germanizacji. Z jego inicjatywy i dzięki jego determinacji w latach 1934 – 1935 ze składek członków Związku Polaków Niemczech wybudowano w Zakrzewie Dom Polski, w którym mieściło się przedszkole, szkoła, bank i biblioteka. Działały tu także zespoły śpiewacze i teatralne, chór i orkiestra dęta. W 1938 r. ksiądz Domański zorganizował w Berlinie I Kongres Związku Polaków w Niemczech. W przemówieniu inaugurującym zjazd wygłosił m.in. „Pięć prawd Polaków”, które warto przypomnieć i dzisiaj. Brzmią one:
1) Jesteśmy Polakami. 2) Polak Polakowi Bratem! 3) Wiara Ojców naszych jest wiarą naszych dzieci. 4) Co dzień Polak Narodowi służy. 5) Polska Matką naszą – nie wolno mówić o Matce źle!
Odwiedziłam Zakrzewo wiosną 2018 r. z Piotrem Spottkiem, twórcą audycji muzycznej „Pod wielkim dachem nieba”. Przyjechaliśmy tutaj po spotkaniu autorskim w Zespole Szkół Ekonomicznych w Złotowie. Po obiedzie w barze „Pod sosną” wybraliśmy się na spacer po wsi, w której Piotr spędził dzieciństwo i z której wyjechał w świat jako nastolatek. Była piękna pogoda. Przed kościołem pod wezwaniem św. Marii Magdaleny złociły się forsycje. Kwiaty rozkwitały w ogrodach otaczający zadbane domy. Na słupie naprzeciwko Urzędu Gminy bociany budowały sobie gniazdo. Na uliczkach bardzo mały ruch. Cicho, spokojnie. To jednak spokój pozorny. Okazuje się, że ta wieś ma nie tylko interesującą, bogatą przeszłość, ale i nie mniej ciekawą teraźniejszość. Zawdzięcza ją w dużym stopniu właśnie działalności Domu Polskiego – Centrum Idei Rodła. Od ponad 40 lat pracuje w nim małżeństwo Barbara Matysek – Szopińska i Henryk Szopiński.
WSZYSCY SZOPIŃSCY GRAJĄ
Pan Henryk mieszka w Zakrzewie od urodzenia. Jego rodzice przyjechali tutaj w 1950 r. Mama pochodziła z obecnego Województwa Świętokrzyskiego, a tata z Borów Tucholskich. Henryk Szopiński wspomina: Mój tata był muzykiem amatorem, grał na kilku instrumentach, przede wszystkim na skrzypcach. A nauczył się grać w czasie wojny. Był zbyt młody, aby pójść do armii i dlatego musiał pracować w niemieckim gospodarstwie. Tak się złożyło, że córka właściciela tego gospodarstwa umiała grać na skrzypcach. I ojciec się właśnie od niej nauczył. Po wojnie tata grał w orkiestrze i „wyhaczył” moją mamę na zabawie – opowiada z uśmiechem Henryk Szopiński. Kilkanaście lat temu byłem przejazdem niedaleko Świecia. Postanowiłem wstąpić na cmentarz, bo tam jest pochowana część rodziny mojego taty. Zobaczyłem, że tam jest dużo grobów Szopińskich. Zapytałem panią stojącą przed cmentarzem, czy ktoś z tej rodziny jeszcze żyje. Powiedziała, że ona jest z domu Szopińska. Okazało się, że jesteśmy spokrewnieni. Zapytałem ją, czy w tej części rodziny są ludzie, którzy muzykują. Odpowiedziała: „Ach, panie, oni tu wszyscy grają! Po zabawach, po weselach. Nie są wykształconymi muzykami, ale grają.” Mój pradziadek pochodził spod Kościerzyny. A ja niedawno się dowiedziałem, że urodzony w Kościerzynie Lubomir Szopiński był m.in. dyrygentem Chóru Rozgłośni Polskiego Radia w Poznaniu. Gdyby zbadać drzewo genealogiczne, być może okazałoby się, że to także rodzina.
Nas było czterech braci. I wszyscy grali. Przy czym dwóch starszych braci amatorsko. Trzeci studiował na Akademii Muzycznej w Poznaniu, śpiewał w Poznańskich Słowikach i nie wrócił z któregoś z tournée tego chóru w Niemczech. Później ukończył tam studia muzyczne. Dzisiaj jest organistą w przepięknej bazylice w małej miejscowości w Nadrenii Północnej – Westfalii. Komponuje głównie muzykę sakralną. W Zakrzewie wykonaliśmy i nagraliśmy jego dzieło „Msza o pokój”.
SKOMPLIKOWANE ŚCIEŻKI EDUKACYJNE
Wiele przeszkód muszą czasem pokonać utalentowane wiejskie dzieci, aby zdobyć wymarzone wykształcenie. Henryk Szopiński będąc jeszcze w szkole podstawowej, ukończył szkołę muzyczną I stopnia w Złotowie. Uczył się tam gry na gitarze klasycznej. Chciał kontynuować naukę w tym kierunku, ale w średniej szkole muzycznej w Pile nie było klasy gitary. Rozpoczął więc edukację w technikum elektryczno – mechanicznym we Wronkach. Jednak przedmioty ścisłe i zawodowe zupełnie go nie interesowały, a muzyka nadal bardzo go pociągała. Dlatego po trzech semestrach zrezygnował z technikum i …powtórzył szkołę muzyczną I stopnia. Tym razem na klarnecie (żeby móc dalej się kształcić, musiał zmienić instrument). Po jej ukończeniu zdał do średniej szkoły muzycznej w Pile. Ukończył ją po 6 latach nauki. Równolegle uczył się w zasadniczej szkole zawodowej na kierunku elektromonter. Po jej ukończeniu poszedł do Liceum Ogólnokształcącego w Złotowie. Maturę zdał w 1983 r. Po latach, już jako działacz samorządowy, ukończył studia z zakresu administracji publicznej w Bałtyckiej Wyższej Szkoły Humanistycznej w Koszalinie. Zanim jednak ukończył 19 lat został… dyrektorem Domu Polskiego w Zakrzewie. Uważa, że trochę przez przypadek, trochę z zaskoczenia.
Niedługo sprawowałem tę funkcję, bo niecałe półtora roku. Zastąpiła mnie na tym stanowisku moja przyszła żona, Barbara. Wynikało to z mojej chęci kształcenia się muzycznego, a praca dyrektora wymaga wielu zabiegów administracyjnych, co mnie nigdy specjalnie nie pociągało. – przyznaje.
A jak pani Barbara trafiła do Zakrzewa? Pochodzi ze Starachowic. Ukończyła tam Liceum Ogólnokształcące, ale nie dostała się na studia. W młodzieżowym czasopiśmie „Na przełaj” wyczytała, że w Radawnicy koło Złotowa jest Uniwersytet Ludowy. Te placówki kształciły wtedy animatorów kultury. Pani Barbara przyjechała do Radawnicy z koleżanką. Po ukończeniu tej uczelni musiały odbyć trzymiesięczny staż w ośrodkach kultury. Wybrały Zakrzewo, bo tutaj już wtedy odbywały się koncerty gwiazd, np. Marka Grechuty, Ireny Jarockiej, zespołu Homo Homini i innych. Przyjechały jesienią 1979 r. Pan Henryk wspomina: Basia dostała ten staż w Urzędzie Gminy. Ówczesny dyrektor Domu Polskiego załatwił dziewczynom pokój u mojego brata. I tam się poznaliśmy. Jak zostałem dyrektorem, to Basię ściągnąłem z Urzędu Gminy. A potem zamieniliśmy się rolami. W tamtych czasach myślałem jeszcze, że opuszczę Zakrzewo i znajdę sobie miejsce do życia gdzie indziej, ale stało się tak, jak się stało.
BLUESDORF ORKIESTRA
Na początku była jeszcze muzyka rockowa. „Czad” to był mój pierwszy zespół – trzy gitary i perkusja. Graliśmy może ze trzy lata. Potem powstał zespół Krater, z którym na Ogólnopolskim Młodzieżowym Przeglądzie Piosenki znaleźliśmy się w Złotej Dziesiątce. Po tym sukcesie Krater się rozpadł, bo basista wyjechał do Niemiec. To był ten przełom lat 80-tych i 90-tych, kiedy ludzie zajęli się robieniem karier, zarabianiem pieniędzy. W zespole Krater śpiewał bardzo fajny kolega Tadziu Bogucki, który interesował się bluesem. I on mnie tak trochę ukierunkował. Zresztą bratnia dusza, bo urodził się w tym samym dniu co ja, tylko w innym roku. Za pracą i za żoną przyjechał do Piły. I tam się poznaliśmy, kiedy byłem uczniem średniej szkoły muzycznej. Zespół reaktywowaliśmy, ale już pod nową nazwą. I poszliśmy bardziej w kierunku bluesa. Na początku to była Wiejska Orkiestra Bluesowa, a potem zmieniliśmy nazwę na Bluesdorf Orchestra – czyli to samo, tylko po niemiecku. Pojechaliśmy z tym zespołem – w składzie siedmioosobowym – na Folk Blues Meeting w Poznaniu. „Gazeta Poznańska” w relacji z imprezy napisała, że… byli nawet goście z Niemiec – zespół Bluesdorf Orchestra. Bardzo ładnie wypadł nasz występ, ale niestety nie przetrwało żadne nagranie. Mamy jednak zarejestrowany na kasecie video nasz występ na festiwalu Rawa Blues, gdzie zostaliśmy zaproszeni przez Irka Dudka.
Przez 4 lata jeździłem do Norwegii – w ramach swojego urlopu i urlopu bezpłatnego. Grałem po prostu do kotleta w hotelach norweskich. Po raz pierwszy pojechałem tam w 1988 r. Ja grałem na gitarze, na klarnecie i akordeonie. Występowałem w trio ze świetnymi muzykami. Z Andrzejem Nowakiem, nieżyjącym już pianistą, który grał z Niemenem w Akwarelach. I z puzonistą Andrzejem Brzeskim, pochodzącym z Milanówka absolwentem Akademii Muzycznej w Warszawie. W latach 70-tych założył zespół Paradoks, który zdobył Grand Prix na festiwalu jazzowym w San Sebastian. Wielu muzyków zostawało wtedy na Zachodzie. On został w Szwecji po jednym z festiwali. Potem wrócił do Polski i zamieszkał w Pile. I tam go poznałem. Na początku lat 90-tych nasze honoraria bardzo spadły. Za komuny jak przywiozłem 1000 dolarów z takiego wyjazdu, to ja byłem gość. A potem już nie opłacało się nam wyjeżdżać.
To była jednak taka przygoda, która pozwoliła mi też rozwinąć skrzydła w muzyce bluesowej. U nas wtedy można było tylko pomarzyć o książkach ze standardami jazzowymi. A tam już były kserografy. I wydawnictwa, z których mogłem sobie pokserować mnóstwo świetnych standardów jazzowych i bluesowych, które później graliśmy tutaj z zespołem. U nas jeszcze wtedy trzeba to było nagrywać samemu gdzieś z radia, to wszystko notować i przepisywać. – wspomina pan Henryk.
O podobnych problemach pisze Magdalena Grzebałkowska w biografii „Komeda : osobiste życie jazzu”. W latach 50-tych i 60-tych nasi muzycy wsłuchiwali się w audycje zagranicznych rozgłośni, aby zapisać poszczególne utwory i móc je potem zagrać w polskich klubach. Jak się okazuje, z takimi samymi trudnościami stykali się polscy artyści jeszcze w latach 90-tych.
UFO ISTNIEJE I WYLĄDOWAŁO W ZAKRZEWIE
Blues Flowers powstał wiosną 1993 r. w Poznaniu. Na początku był to tercet w składzie: Robert Grześkowiak – gitara i śpiew, Maciej Kręc – gitara basowa i perkusista Paweł Kuśnierek. W tym samym roku do zespołu dołączył mieszkający w Kościanie wokalista, gitarzysta, harmonijkarz i autor tekstów Jarosław “Jaromi” Drażewski, a rok później Henryk Szopiński.
Blues Flowers zdobywał nagrody w konkursach na wielu bluesowych i rockowych festiwalach w Polsce, m.in. w: Szczecinie, Poznaniu, Brodnicy, Jarocinie, Bolesławcu, Wrocławiu i Katowicach.
Zespół nagrał w sumie 5 płyt. W 2004 r. krążek zatytułowany „Spoko Wodza”, otrzymał tytuł Bluesowej Płyty Roku, w plebiscycie pisma „Gitara i Bas”, a pięć lat później płyta pt. „Smacznego!” otrzymała nominację do Nagrody Akademii Fonograficznej: Fryderyk ‘2009, w kategorii: Album Roku Blues.
Na okładce wydanego w 2005 r. krążka zatytułowanego „bluesmenty” Artur Andrus napisał: Ktoś mi przysłał płytę. Kiedy otworzyłem kopertę, pomyślałem sobie, że to pomyłka. (…) po co ktoś to wysłał do prostego redaktora prowadzącego „Powtórkę z rozrywki”? Posłuchałem i zrozumiałem. To są bluesowi kabareciarze. Albo przynajmniej czasem nimi bywają. Mają w sobie rodzaj pozytywnego „świra”, który wywołuje uśmiech na twarzach ich słuchaczy. „Heniu, nie graj kozaka”, „Kurza melodia”, „Proszę księdza”, „Bo mnie nie o to szło”, to klasyczne piosenki kabaretowe. (…) Ich teksty, muzyka, wygląd, zachowanie na scenie potwierdzają przypuszczenie, że UFO istnieje i wylądowało gdzieś w Wielkopolsce.
Płyta „bluesmenty” została zatytułowana dość przekornie – smętnych utworów na niej nie ma. Dla potwierdzenia słów Artura Andrusa przytoczę kilka fragmentów pochodzących z piosenki „Trabant blues”. O możliwych tego pojazdu awariach wie wszystko ten, kto miał okazję tym cudem enerdowskiej techniki podróżować. Piszącej te słowa kojarzy się on z wyprawami pełnymi zabawnych niespodzianek. Wyjeżdżając nim w latach 90-tych w dziennikarską podróż z kolegą z lokalnej gazety, nigdy nie wiedziałam, kiedy i czym wrócę do domu. A tak o tym wehikule śpiewa Blues Flowers:
Jechalim trabantem do Olsztyna Lecz nagle w trabancie pękła sprężyna (…)
Jechalim trabantem do Zakrzewa W pół drogi zdechł trabant, oj, będzie bieda (…)
Jechalim trabantem do Ustronia, lecz lepiej by było zaprzęgnąć konia(…)
W wywiadzie udzielonym Jano Pustelnikowi, a zamieszczonym w książce „Osobowości : głosy ze świata polskiej kultury i nauki” Józef Skrzek mówi: Blues śląski kojarzył się z jednej strony z prostotą, a z drugiej z cierpieniem i walką o tożsamość. Dla przeciwwagi utwory zespołu Blues Flowers mogą się kojarzyć z dobrą zabawą. Muzycy potrafią żartować także na swój temat. Oto dwie rymowanki opublikowane na stronie zespołu:
A to Henryk Szopiński – z ikrą akordeonista, Co zasuwa bluesa, rzeźbi tango, albo śwista twista. Albo gra kozaka, oberka, walczyka, foxtrota Oraz każdą inną dobrą muzę, na jaką mu przyjdzie ochota.
A oto Flowersi stoją w pełnym składzie, W którym grają chętnie na każdej estradzie. Czynią to szczególnie z przyczyn właśnie takich: Dla frajdy, dla hecy, dla psoty, dla draki.
KAPELA PODWÓRKOWA RYPCIUM PYPCIUM
A równolegle… Jak zostałem dyrektorem Domu Polskiego, to trzeba było normalną pracę u podstaw wykonywać. Jesienią 1981 r. wraz z moim bratem i paroma innymi kolegami założyliśmy kapelę podwórkową pod nazwą Rypcium pypcium, która istnieje do dzisiaj. Taka była potrzeba. Muzyka rockowa była dla młodzieży, ale było grono starszych muzyków, którzy też chcieli się jakoś realizować. Gram w tej kapeli, nigdy się nie wstydziłem, że taką muzykę też uprawiam. Prowadzenie tego zespołu wymagało napisania własnych tekstów piosenek. Zawsze mieliśmy ambicję, żeby mieć też własny repertuar. Piosenki, takie z przymrużeniem oka powstawały na podstawie moich obserwacji, doświadczeń. Imiona nawet nie zostały zmienione, o co niektórzy mieli do mnie żal. Do niektórych tekstów bym się pewnie dzisiaj nie przyznał – śmieje się pan Henryk.
Na wydanej w 2004 r. płycie nagranej przez tę kapelę można posłuchać między innymi „Zakrzewskiego tanga”, do którego słowa napisał Henryk Szopiński. Ta piosenka opowiada o bywalcach baru „Kuźnia” (mieszczącym się w dawnej kuźni). Oto jej fragment:
(…) Stoi tu Zyguś, siedzi Bolek, wszystkie nowinki poszły w ruch. Sypie się plotek cały worek i nagle bęc, i trach i bum!
Wpada ferajna prosto próby, wypija piwko albo dwa. Barmanka puszcza tango z tuby, a Bolek miliard w rozumie ma
Tango, zakrzewskie tango śpiewa je każdy, kto tylko zna. Tango, to wiejskie tango, Zakrzewiak w sercu je ma.
Czy Bolek z piosenki istniał naprawdę? Pan Henryk odpowiada: To jest autentyczna postać. To był kolega, który grał w naszym zespole na saksofonie. W piosence o „Kuźni” wykorzystałem to, że jak Bolek przychodził na kacu na próbę, to mawiał: „A dzisiaj to mam miliard w rozumie.”
Kapela była doceniana na festiwalach w całym kraju. W samym tylko roku 1997 zdobyła aż pięć laurów: III nagrodę na XVIII Ogólnopolskim Festiwalu Kapel Podwórkowych w Przemyślu, II nagrodę na II Ogólnopolskim Festiwalu Kapel Ulicznych i Podwórkowych w Biłgoraju, III nagrodę na V Ogólnopolskim Festiwalu Kapel Podwórkowych w Skoczowie, wyróżnienie na I Ogólnopolskim Festiwalu Folkloru Miejskiego w Toruniu, IV nagrodę na I Krajowym Zbiegu Kapel Podwórkowych „Drynda” w Łodzi. Były również laury w Stroniu Śląskim, Koronowie, Pobiedziskach, Piotrkowie Trybunalskim i Grajewie.
Kapela Rypcium pypcium istnieje już 41 lat. Zmarło kilku naszych kolegów, mój brat już nie żyje. Z pierwszego składu zostałem tylko ja i kolega Bogusław Gabriel. Od 25 lat gramy w tym samym składzie. Koledzy pozakładali firmy i każdy z nas ma mniej czasu. Mamy jeszcze w szufladzie inne piosenki, ale przez to, że poszedłem w działalność samorządową, to nie mamy czasu ich nagrać. Staramy się robić próby w czasie urlopu, ale jest problem, żeby pojeździć gdzieś dalej. Występujemy więc raczej na lokalnych imprezach w okolicznych miejscowościach. – opowiada Henryk Szopiński
POCIĄG DO BLUESA
Festiwal Blues Express w 2022 roku obchodził jubileusz 30-lecia. Specjalny pociąg z muzykami i publicznością wyjechał z Poznania 9 lipca o godz. 10.00.
A tak wyglądał jego rozkład jazdy:
10:00 Poznań Mizia & Mizia Blues Band 11:50 Rogoźno ZAK Acoustic Trio 13:12 Chodzież K SW4 14:36 Piła The Road Dogs (Białoruś) 17:02 Krajenka The Moneymakers 17:48 Złotów BR Band 18:30 Zakrzewo The Ponycars
To impreza, która przyciąga fanów tego gatunku muzycznego z całej Polski. Spiritus movens tego niezwykłego przedsięwzięcia, to oczywiście Henryk Szopiński. Tak opowiada o imprezie, która od lat przynosi największy rozgłos jego wsi: W 1992 r. zorganizowaliśmy w Domu Polskim koncert „Blues nocą”. Bardzo fajnie wypadł i zainspirował nas, żeby zrobić coś większego. Rok później odbył się już pierwszy festiwal bluesowy. Zastanawialiśmy się, jak do Zakrzewa przywieźć publiczność. Bo na taką muzykę jak blues, to mieszkańcy raczej nie przyjdą. No może przyjdą z ciekawości, żeby zobaczyć, co się będzie działo. Wtedy bardzo głośny był Jarocin. Kojarzył się z muzyką rockową, ale też bójkami, rozrabianiem, wybijaniem szyb. Dlatego my też mieliśmy na początku taki opór władz. Słyszeliśmy: „Nie, no drugi Jarocin tu robicie!” I mieszkańcy też zamykali podwójnymi zamkami furtki i bramy, bo się bali, że ich okradną, powybijają szyby. To było trudne. Jak tę publiczność zachęcić, co zrobić? I wtedy właśnie przyszedł nam do głowy pomysł z pociągiem. W 1993 r. to jeszcze był chaos, bo myśmy zrobili cztery imprezy w jednej: przejazd pociągu to Blues Express, Letnie Warsztaty Bluesowe, Przegląd Zespołów Bluesowych i Blues Nocą, czyli koncert finałowy nad Jeziorem Proboszczowskim. Po roku stwierdziliśmy, że to jest groch z kapustą, że trzeba to wszystko ujednolicić. I od 1994r. ten festiwal ma nazwę Blues Express.
Festiwal trwa jeden dzień. To przejazd z Poznania pociągiem i koncerty na kilku dworcach, koncert finałowy w Zakrzewie i powrót. Na początku, kiedy istniało jeszcze województwo pilskie, pociąg jeździł wtedy z Piły. Graliśmy w Pile, Krajence, Złotowie i Zakrzewie. W 2000 r. zorganizowaliśmy dwa pociągi do Zakrzewa: jeden z Piły, a drugi z Chojnic. A w 2001 r. postanowiliśmy, że przywieziemy publiczność z Poznania. Na początku, jak jeszcze jeździliśmy z Piły, to wynajmowaliśmy pociąg i sami sprzedawaliśmy bilety na ten przejazd. Teraz sprzedaż biletów jest skomplikowana technicznie, więc Koleje Wielkopolskie się tym zajmują. Bilety kosztują ponad 100 zł, bo to pociąg specjalny. I to jest jedyna część festiwalu, która jest płatna. Ale za to wszystkie koncerty są darmowe: na dworcach, w pociągu i w Zakrzewie. Festiwal jest współfinansowany przez Samorząd Województwa Wielkopolskiego. 30 lat jeździmy i jakoś to się spina. – opowiada pan Henryk.
Z okazji 20-lecia tej imprezy Tadeusz Bogucki napisał w artykule zatytułowanym „Jest taka wioska, jest taki dom” opublikowanym na łamach „Kuriera Trzebnickiego”: Blues Express Festiwal. Raz w roku w połowie lipca Zakrzewo staję się stolicą bluesa. Blues Express – parowy pociąg, który w rytm bluesa przemierza Wielkopolskę od Poznania do Zakrzewa wiezie fanów na finałowy, plenerowy koncert nad Jeziorem Proboszczowskim w leśnym, naturalnie ukształtowanym amfiteatrze. Wcześniej na kolejnych stacjach – w Poznaniu, Rogoźnie, Chodzieży, Pile, Krajence, Złotowie i Zakrzewie występują znane zespoły. Aby pasażerom nietypowego składu nie zabrakło ulubionych dźwięków, w wagonach pocztowym i barowym rozbrzmiewa grany live elektryczny i akustyczny blues. (…) Dla kilkutysięcznej rzeszy cierpiących na bluesa to rajskie miejsce, to wymarzony punkt na muzycznej, letniej mapie Polski.
Dziś chyba wszyscy fani bluesa znają nazwę tej bardzo nietypowej wsi. Bo przecież w Zakrzewie występują największe gwiazdy tego gatunku muzycznego. Nie tylko z kraju, ale też z zagranicy. Gośćmi festiwalu byli muzycy ze Stanów Zjednoczonych, Argentyny, Nowej Zelandii, Czech, Węgier, Austrii, Szwecji, Wielkiej Brytanii, Niemiec i Białorusi.
Henryk Szopiński jednak skromnie ocenia: Dla jednych gwiazdy, dla drugich nie. Bo blues jest jednak niszowym gatunkiem muzycznym. Mieszkańcy naszej wsi przychodzą na te koncerty może nie z miłości do bluesa, ale również dlatego, że jest fajna pogoda, coś się dzieje, są dziewczyny, jest zabawa.
Inne miejscowości organizują dni miast, a Zakrzewo ma Blues Express. Dzisiaj, po 30 latach to jest już tradycyjne święto tej wsi. Nawet ludzie, którzy wyjechali stąd do Niemiec, czy Holandii, dzwonią do pana Henryka na początku roku i pytają, kiedy będzie Blues Express. Bo planują przyjazd na wakacje do rodziny mieszkającej w Zakrzewie i obowiązkowym punktem pobytu jest dla nich udział w tym festiwalu.
Jak się okazuje Blues Express jest jedyną w Polsce, ale nie jedyną w Europie imprezą muzyczną organizowaną w pociągu. W cytowanej już tutaj książce Pustelnika Jano „Osobowości : głosy ze świata polskiej kultury i nauki” o podobnym cyklu wydarzeń opowiada muzyk i malarz Maciej Markiewicz. Jest on zaprzyjaźniony z niemieckim pianistą grającym bluesa i boogie-woogie Axelem Zwingenbergerem, który organizuje koncerty w przedwojennych, starannie odnowionych pociągach jeżdżących po europejskich trasach. W Berlinie podstawiana jest najszybsza lokomotywa Europy z lat trzydziestych, do niej doczepione są wagony z tej samej epoki. W wagonie restauracyjnym nie ma stołów i siedzeń – jest tylko bar z obsługą. Do podłogi przykręcone są ustawione naprzeciw siebie dwa fortepiany. W pozostałych wagonach ludzie słuchają żywej muzyki przez sprzęt nagłaśniający. Wędrują od przedziału do przedziału, jedzą przysmaki, piją piwo, rozmawiają, panuje niesamowita atmosfera. Taki pociąg ma określoną trasę. Gdy na przykład jedzie do Salzburga, to na miejscu autokary rozwożą pasażerów po mieście, aby mogli zwiedzić zabytki, muzea, w tym dom Mozarta.
Wróćmy jednak do Zakrzewa i Blues Expressu. To właśnie podczas jednego z tych festiwali Leszek Cichoński – gitarzysta blues-rockowy, wokalista, kompozytor i aranżer prowadził warsztaty dla młodych gitarzystów. Na ich zakończenie zaproponował, aby wszyscy ich uczestnicy zagrali wspólnie. I właśnie wtedy przyszedł mu do głowy pomysł zorganizowania… Gitarowego Rekordu Świata, który od 2003 r. odbywa się na Rynku we Wrocławiu w ramach poświęconego Jimiemu Hendriksowi Thanks Jimi Festival. Leszek Cichoński i Henryk Szopiński marzą jeszcze o tym, aby kiedyś Blues Express pojechał z Poznania do Wrocławia. Być może i ten pomysł uda się zrealizować. Wszystko się może zdarzyć…
KAPELE, CHÓRY I BIESIADY
Kolejną imprezą organizowaną przez Dom Polski są „Zakrzewskie Biesiady”. Odbywają się od 1996 r. Inspiracją był telewizyjny program „Spotkania z balladą”.
Nie miałem wtedy pojęcia, że jest jakiś Oktoberfest, a dzisiaj mi mówią, że to ma podobny charakter. Każda biesiada jest inna, ma jakiś określony temat. Ludzie dostają śpiewniki ze specjalnie wybranymi na tę okazję piosenkami. Jest scenografia, kapela jest odpowiednio ubrana. Nawet jedzenie, jeśli to możliwe, dostosowane jest do danego tematu. Niedawno graliśmy 59 temat. Na początku biesiady cieszyły się takim powodzeniem, że graliśmy na Zapusty, na majówkę, wykopki i Andrzejki. Od kilku lat gramy tylko na Andrzejki i Zapusty. W ramach tych imprez firmy organizują na przykład swoje jubileusze. Nasze bilety sprzedaje między innymi PTTK w Pile. I zawsze autobus przywozi stamtąd 50 osób. Zwykle mamy około 120 – 130 gości. Są ustawione długie stoły, zawsze jest jakiś poczęstunek, ale raczej proste potrawy: bigos, kiełbasa, żurek, kawa, ciasto itp. I wcielamy się w role – od Indian, po policjantów, kolejarzy. Ja już nie wiem, co wymyślać… Teraz bawiliśmy się w „Budujemy nowy dom”. Zaczęliśmy imprezę od piosenki „A mnie się marzy kurna chata”. Kiedyś zagraliśmy jeden temat siedem razy – to był rekord. Teraz z reguły gramy dwa razy. I zawsze są komplety. To są oczywiście imprezy biletowane. – opowiada pan Henryk.
W Domu Polskim istnieje od wielu lat Zespół Pieśni i Tańca „Rodlanie”. A przy nim kapela ludowa. Od 100 lat działa Chór „Tęcza”, a od 20 lat Chór Seniorów „Wrzos”. Chór mieszany istnieje także w położonej w gminie Zakrzewo Starej Wiśniewce.
OD PRZEDSZKOLA DO LO 27
Bartłomiej i Szymon Szopińscy także są utalentowani muzycznie. Pan Henryk z dumą opowiada o z ich osiągnięciach: Ponieważ w domu kultury nie pracuje się do 15.00, synowie po wyjściu z przedszkola czasem zostawali z moją mamą, a czasem przychodzili do nas do pracy. A tam były instrumenty… Założyliśmy więc trio dziecięce. Syna Bolka Smarzei nauczyliśmy grać na basie, Bartek grał na fortepianie, a Szymon na bębnach. Tak powstał Junior Blues Band. Ja ich zabierałem, zresztą ku niezadowoleniu mojej żony, jako support na koncerty Blues Flowers. Potem Irek Dudek zaprosił ich dwa razy na otwarcie festiwalu Rawa Blues.
Jak mój brat mieszkający w Niemczech zobaczył jak Szymon gra, to kupił mu taką małą perkusję, u nas wtedy nie do zdobycia. Potem okazało się, że wytwórnia ARA z Warszawy szukała utalentowanych dzieci. Ktoś im powiedział, że są tacy mali chłopcy, którzy grają bluesa. Zadzwonili do mojej żony. Mnie nie było wtedy w domu, bo mieliśmy koncert u „kapelana bluesa” księdza Sławomira Nowaka w Błaszkach koło Sieradza. I chłopcy też tam grali support. Następnego dnia zadzwonili z tej firmy jeszcze raz i zaprosili nas do siebie. I w ten sposób zaczęła się przygoda z zespołem LO 27, która trwała 5 lat. Dla nas to był wielki świat. To była naprawdę przygoda życiowa! Zespół nagrał dwie płyty, z których pierwsza osiągnęła status złotej. Natomiast premiera drugiego krążka trafiła w niedobry czas, bo wtedy właśnie wydana też została płyta Kayah i Bregovića. To był totalny szał i to przykryło tę płytę LO 27. Potem chłopcy zagrali jeszcze w filmie fabularnym „Odlotowe wakacje” – z Ewą Sałacką i Piotrem Gąsowskim. A później już było coraz mniej koncertów. Bo i zespół był trudny do utrzymania – występowały w nim dzieci z całej Polski. I to się skończyło. Bartek gra solo, występuje też dwoma zespołami: Boogie Boys i Smooth Gentleman. Teraz dużo gra zagranicą. I tak obaj zostali w tej branży. Jestem dumny ze swoich synów, bo oni mnie o dziesięć długości przeskoczyli. I tutaj jestem bardzo spełnionym ojcem. Bo uważam, że tak powinno być: dajesz jakieś podglebie, jakąś szansę, a jak ktoś z tego korzysta i to rozwinie, to daje to satysfakcję ogromną. Nawet teraz patrzę na te płyty wiszące na ścianie. Bo oni ich nie zabrali do swoich domów. Wiszą tu wszystkie ich trofea, nagrody. Mówią: „Tata, u ciebie to jest nasza izba pamięci.”
Henrykowi Szopińskiemu satysfakcję dają nie tylko sukcesy jego synów, ale też osiągnięcia wszystkich podopiecznych, którzy współtworzą kulturę w Zakrzewie. W ogóle lubi, kiedy ludzie tańczą, śpiewają, bawią się, rozwijają swoje talenty i umiejętności.
GRUPA SPEKTAKLOWA GS ZAKRZEWO
Dom Polski ma na swoim koncie także sukcesy teatralne. W Departamencie Kultury Urzędu Marszałkowskiego Województwa Wielkopolskiego wymyślono program „Wielkopolska: Rewolucje”, w ramach którego do małych miejscowości mieli przyjeżdżać znani artyści i pracować z mieszkańcami.
Pan Henryk oczywiście wykorzystał tę szansę. Ja poprosiłem o to, aby popracować z seniorami. I przyjechał Mikołaj Mikołajczyk, były solista Teatru Wielkiego w Poznaniu. Zaczęliśmy robić spektakle teatralne, typu performance na bazie znanych utworów baletowych. Zapraszał popularnych aktorów, np. Edytę Herbuś, Adama Ferency. Zrobiliśmy tych przedstawień dużo i chyba jako jedyni osiągnęliśmy założony w programie cel – aby ziarno sztuki zasiane w danej społeczności przetrwało i owocowało jak najdłużej. Założona wówczas Grupa Spektaklowa GS Zakrzewo istnieje i pracuje do dzisiaj. Trzykrotnie wystawialiśmy spektakle na Festiwalu Malta w Poznaniu, dwa razy w Teatrze Studio na Festiwalu Scena Tańca, w Nowym Teatrze w Warszawie, w Teatrze IMKA i na Festiwalu Tańca Współczesnego „Kalejdoskop” w Białymstoku. W ramach programu „Wielkopolska: Rewolucje” często byliśmy gośćmi TVP Kultura. Wypatrzyli nas tam organizatorzy festiwalu „Gorzkie Żale / Nowe Epifanie” organizowanego przez Fundację Centrum Myśli Jana Pawła II w Warszawie. Zostaliśmy przez nich zaproszeni ze spektaklem „Dekalog”. Tak się to spodobało organizatorom, że zlecili nam produkcję spektaklu na następny festiwal, zapłacili za niego. W ten sposób powstał „Projekt Łomatko”. To trwa do dzisiaj, w tym roku zrobiliśmy dwunasty spektakl. Młodzi, którzy występowali w naszych przedstawieniach dostali wspaniałe szlify. Wyjechali na studia do dużych miast i tam dalej tańczą, na przykład w Poznaniu czy Łodzi. A Hubert Mielke z Zakrzewa dzisiaj studiuje taniec współczesny w Salzburgu.
Mikołaj Mikołajczyk nie tylko przygotowywał z Zakrzewianami interesujące spektakle. Poprowadził również warsztaty argentyńskiego tanga. Mieszkańcy wsi chętnie w nich uczestniczyli. Potraktowali je nie tylko jako możliwość nauczenia się tego dość trudnego, ale pięknego tańca, ale także jako okazję do spotkań towarzyskich w miłej atmosferze.
CZERWONE PASZPORTY
Ta wieś była kiedyś ostoją polskości. W 2022 r. Zakrzewo obchodziło 100 – lecie powstania Związku Polaków w Niemczech. W związku z tym została zorganizowana mobilna wystawa. Jej otwarcie odbyło się 5 października w Senacie. Była w związku z tym podjęta specjalna uchwała izby wyższej parlamentu i odbyła się konferencja prasowa. A w grudniu ekspozycja trafiła do Poznania.
W Senacie ktoś mnie zapytał, co to są te czerwone paszporty. Wyjaśniłem, że kiedy jeszcze nie byliśmy w Unii Europejskiej to ci, którzy mieli niemiecki paszport, mogli pracować legalnie w Niemczech. Żeby go dostać, musieli udowodnić, że mają niemieckie korzenie. Ci, którzy mieli rodziców lub dziadków urodzonych przed 1929 r. w Rzeszy, mogli się starać o taki niemiecki paszport. Wielu ludzi tutaj szukało w księgach parafialnych świadectw urodzenia swoich przodków. Wtedy w Złotowie były biura, które załatwiały tego typu sprawy. No i ludzie dostawali ten niemiecki paszport. On był czerwony, a polski był niebieski. Ten paszport uprawniał do legalnej pracy w Niemczech. Tam ludzie otrzymywali wszystkie świadczenia, także przysługujące na dzieci i niepracującą żonę. Tam pracowali, a tutaj wrócili na emerytury. Często byli to potomkowie członków Związku Polaków w Niemczech. Przodkowie walczyli o polskość, a ich wnuki kierują się jednak bardziej względami ekonomicznymi. W latach 70-tych zawarto takie polsko-niemieckie porozumienie, na podstawie którego z Polski wyjechało około 80.000 ludzi. Były takie rodziny, które wyjechały w całości i na stałe. Oni tam dostawali rekompensaty za majątek, który tutaj zostawili. A potem w latach 90-tych znów próbowali ten majątek w Polsce odzyskać – to były kuriozalne historie.
Na te tereny po wojnie przyjechało wielu Polaków z centralnej i wschodniej Polski. To było tak jak w filmie „Sami swoi”. Na Ziemie Odzyskane pojechał jeden zwiadowca, namierzył jakieś dobre miejsce i jak wrócił, to pół wioski pojechało za nim. I zajmowali gospodarstwa, sąsiad przy sąsiedzie. Oni pracowali tutaj, ale inwestowali tam, bo bali się, że tutaj przyjdą Niemcy i wszystko zabiorą. Dlatego moi rodzice wybudowali dom w Chojnicach – to około 55 km od Zakrzewa. Bo Chojnice przed wojną były w Polsce. – wspomina Henryk Szopiński.
DOBRY TANDEM
Pan Henryk do polityki szedł przez kulturę. Był rozpoznawalny przez imprezy, które były organizowane w Zakrzewie. Kandydował najpierw do Rady Gminy, ale nie dostał się. Potem został radnym powiatowym, a wreszcie w 2010 r. radnym Sejmiku Województwa Wielkopolskiego. W obecnej kadencji pełni funkcję Przewodniczącego Komisji Kultury Sejmiku Województwa Wielkopolskiego. Jest współzałożycielem i członkiem Stowarzyszenia Strefa Kultury. Otrzymał odznaki „Zasłużony Działacz Kultury” i „Za zasługi dla województwa wielkopolskiego”.
Wspiera takie programy jak „Goście Radziwiłłów”, „Kultura w drodze” czy „Ambasador kultury”. Jego pomysłem autorskim są „Kulisy Kultury”. W tym roku będzie realizowana już druga edycja tego programu. Dzięki temu poszczególne samorządy będą mogły zdobyć środki finansowe na poprawę i rozwój infrastruktury kulturalnej. Radni Sejmiku byli niedawno z wizytą studyjną w Gdańsku. Okazało się, że tam takie programy w ogóle nie są realizowane.
W grudniu 2022 r. zostało zorganizowane w Zakrzewie szkolenie dla organizacji pozarządowych i instytucji z subregionu pilskiego. Uczestnicy będą mogli się dowiedzieć, jakie środki są do zdobycia i jak pisać wnioski, aby zdobyć dofinansowanie lub dotację.
Jako pracownik kultury, animator i jako radny kolejnych szczebli Henryk Szopiński uważa, że pieniądze publiczne powinny pójść tylko na kulturę wysoką: Natomiast disco polo sobie samo poradzi, nie trzeba go dotować. I bardzo mnie serce boli, jak widzę te wszystkie dni miast, sylwestry marzeń. To jest schlebianie najniższym gustom za publiczne pieniądze. Nie zgadzam się z tym absolutnie. Festyny festynami, ale powinniśmy przede wszystkim wspierać kulturę wysoką, bo jeśli tego nie zrobimy, to następne pokolenie wróci na drzewa. Ja nie mam nic przeciwko muzyce taneczno – użytkowej. Trudno, żeby Blechacz grał na weselu. Podskórnie to zawsze był element kultury każdego kraju. Jest italo disco we Włoszech, w Niemczech te wszystkie bawarskie pieśni… Tylko nie róbmy z tego sztuki przez duże S. Nie stawiajmy na piedestał tego typu muzyki. Nie róbmy Zenka Martyniuka – zresztą on się sam z tym chyba dobrze nie czuje – nie wiem jaką gwiazdą. To nie powinien być drogowskaz dla młodych, to jest muzyka komercyjna, użytkowa, ale żeby ciarki ludziom po plecach przechodziły, to od tego jest inna sztuka.
Jak godzi obowiązki radnego i swoje pasje muzyczne? Coraz trudniej. I ta strona artystyczna trochę na tym traci. Mniej mogę się realizować na scenie. Mamy problem w zespole Blues Flowers, bo Jaromi Drażewski musi się opiekować przewlekle chorą mamą. Dlatego mamy już dość długą przerwę. Wydaliśmy 5 płyt i na tym na razie stanęło. – ubolewa.
Pan Henryk bardzo docenia wsparcie, jakie otrzymuje od żony Barbary. Gdyby nie żona, to pewnie ani jednej, ani drugiej, ani trzeciej pasji by nie było. Bardzo, bardzo mnie wspiera. Nigdy od niej nie usłyszałem słowa zniechęcenia, czy krytyki. Myślę, że dzięki żonie tak mi się wszystko udaje. Stanowimy dobry tandem – ona zajmuje się sferą administracyjną, na którą ja trochę mam alergię. Natomiast ja – całą sferą artystyczną związaną z festiwalem i innymi działaniami. A reszta to samozaparcie, pasja, dążenie do samorozwoju. No i mnóstwo kontaktów, które pomagają we wszystkim, co robimy w Domu Polskim. Niczego nie żałuję – ani dnia, ani godziny.- wyznaje.
Tak może powiedzieć człowiek, który czuje się spełniony. Utalentowani, pełni pasji ludzie są darem od Boga dla miejsc, w których żyją. Położone gdzieś na skraju Krajny Zakrzewo ma do nich wyjątkowe szczęście.
Kościół parafialny pod wezwaniem św. Marii Magdaleny w Zakrzewie. Fot. Maria Duszka
Muzyka ma moc przenoszenia nas w czasie i przestrzeni. Zawsze, kiedy słyszę piosenkę Anny Jantar „Najtrudniejszy pierwszy krok”, znów są wakacje 1974 r. i jadę autobusem do Szadku, do moich ukochanych dziadków. Wysiadam na rynku. Za dwa lata w tym samym miasteczku przeczytam w czasopiśmie „Na przełaj” wiersz, który poruszy mnie tak bardzo, że pomyślę, że chciałabym umieć wyrażać swoje myśli i emocje tak, jak jego autorka. Po raz pierwszy uświadomię sobie, że chciałabym być poetką. Minie wiele lat, zanim zostanę przyjęta do Wielkopolskiego Oddziału Związku Literatów Polskich, do którego będzie należał także współautor tekstu piosenki „Najtrudniejszy pierwszy krok”. Lech Konopiński urodził się w 1931 r. w Poznaniu. Kiedy wybuchła II wojna światowa, jego rodzinę przesiedlono do Warszawy. Jego ojciec zginął w Powstaniu Warszawskim. Po upadku powstania Lech z matką i młodszym bratem zostali wysiedleni na Dolny Śląsk, gdzie musieli ciężko pracować fizycznie. Kiedy wojna się skończyła, wrócili do Poznania. Ich dom był spalony, więc zamieszkali w zastępczym mieszkaniu na Wildzie. Przyszły artysta ukończył Wydział Handlu w Wyższej Szkole Ekonomicznej w Poznaniu, a potem na Uniwersytecie Łódzkim obronił pracę doktorską. Jest poetą, satyrykiem, autorem tekstów piosenek, utworów dla dzieci i młodzieży oraz widowisk telewizyjnych. Debiutował w 1954 r. w ogólnopolskim tygodniku „Szpilki”. W latach 1957 – 1960 był redaktorem satyrycznego pisma „Kaktus”, a w latach 1960–1965 redaktorem „Gazety Poznańskiej”. Od 1965 do 1973 r. pracował w Instytucie Przemysłu Włókien Łykowych w Poznaniu. Jest autorem ponad 70 książek dla dorosłych i dla dzieci. To m.in.: „Amoreski”, „Diabelskie sztuczki”, „Bajeczne historie”, „Pawie oczka”, „Alfabet Amora”, „Rajskie jabłuszka”, „Co pełza i hasa po polach i lasach”, „Figlarne listki”, „Śmieszne pretensje”, „Z kwiatka na kwiatek”, „Zwierzątka i zwierzęta na sześciu kontynentach”, „Książę Lech i druhów trzech”, „Od bieguna do bieguna”, „Przez dżungle i pustynie”, „Skrzydełka Erosa”, „Konopiński dzieciom”, „Książę Siemowit i lud piastowy”, „Tutaj hasa nasza klasa” i „Tak się kręci świat zwierzęcy”. Jego książki ukazały się w nakładzie 5 milionów egzemplarzy. Utwory dla dorosłych i dla dzieci były przekładane na języki obce: niemiecki, rosyjski, japoński i wietnamski. Około 800 jego aforyzmów przełożył na język naszych zachodnich sąsiadów Waldemar Zamlewski. Zostały opublikowane w tomie „Myśli – Gedanken”. Z kolei Lech Konopiński przełożył z języka niemieckiego utwory dla dzieci, między innymi “Przygody Maksa i Moryca” Wilhelma Buscha i “Piotruś Rozczochraniec” Heinricha Hoffmanna. Jest także autorem kilku sztuk teatralnych i współtwórcą pierwszego poznańskiego wodewilu zatytułowanego „Dyrektor też człowiek”. Największą popularność przyniosły mu jednak piosenki. Stworzył ich w sumie około 600. Pisał je między innymi dla Anny Jantar, Eleni, Jerzego Grunwalda i Krzysztofa Krawczyka. Stworzył także kilkaset tekstów dla wielkopolskich kapel: „Zza Winkla”, „Plewiszczoki”, „Junki z Buku” i „Mechaniczna Pyra”. Utwory z jego tekstami zaistniały także w filmach i serialach. Piosenka “Czujna straż” „zagrała” w filmie “Milion za Laurę”, “Kto powie nam, co to jest miłość” w “Nie zaznasz spokoju”, a “Gdy Polska da nam rozkaz” w “Weryfikacji”. W serialu “Dorastanie” wykorzystano przebój Anny Jantar “Najtrudniejszy pierwszy krok”. Mało kto wie, że jedną z pasji pana Lecha jest kolekcjonowanie znaczków pocztowych. Przez wiele lat był redaktorem ogólnopolskiego czasopisma „Filatelista”. Współorganizował również Światową Wystawę Filatelistyczną Polska’73 w Poznaniu i uczestniczył w kilku tego typu imprezach zagranicą. Zgłosił wiele projektów znaczków pocztowych, niektóre z nich zrealizowano. Lech Konopiński otrzymał wiele nagród i medali. Najbardziej ceni sobie Order Uśmiechu – międzynarodowe odznaczenie przyznawane za działania przynoszące radość dzieciom. Przyznano mu również: odznakę Zasłużony Działacz Kultury, Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski, Odznakę Honorową Miasta Poznania, nagrodę Ministerstwa Łączności, srebrny medal za “Zasługi dla Obronności Kraju” i medal Wojewody Poznańskiego za całokształt. Od Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego Bohdana Zdrojewskiego otrzymał Srebrny Medal „Zasłużony Kulturze Gloria Artis”, a od biskupa polowego Wojska Polskiego Józefa Guzdka medal „W służbie Bogu i Ojczyźnie”.
NAJTRUDNIEJSZY PIERWSZY KROK
Jak to się stało, że właśnie Lech Konopiński stworzył największe przeboje Anny Jantar? Otóż, po debiucie na łamach „Szpilek” często występował na spotkaniach autorskich i na imprezach estradowych. I właśnie wtedy zaprzyjaźnił się z pochodzącym ze Lwowa Józefem Szmeterlingiem, wspaniałym recytatorem i konferansjerem. Pan Józef ożenił się we Wronkach. Jego żona Halina była utalentowana muzycznie. Ich córka Anna pojawiła się na świecie w 1950 r. Rodzice szybko dostrzegli jej talent muzyczny i już kiedy była w przedszkolu kupili jej pianino. Wkrótce Szmeterlingowie przeprowadzili się do Poznania, gdzie przyszła piosenkarka mogła rozwijać swoje umiejętności. Pod koniec lat 60-tych została wokalistką zespołu Waganci. Jego lider Jarosław Kukulski poprosił Lecha Konopińskiego, aby zechciał pisać dla nich teksty piosenek. Już w 1970 r. Waganci otrzymali nagrodę Ministra Obrony Narodowej na Festiwalu Piosenki Żołnierskiej w Kołobrzegu za utwór „Szła noc” skomponowany do tekstu Konopińskiego. W tym samym roku powstał pierwszy wielki przebój zaśpiewany przez Annę Jantar i zespół Waganci – „Co ja w tobie widziałam”. Tak wspomina to Lech Konopiński na stronie internetowej poświęconej Annie Jantar: Mój serdeczny przyjaciel – muzykolog, kompozytor i multiinstrumentalista, współtwórca Festiwali Polskiej Piosenki w Opolu – jednym słowem Mateusz Święcicki – kontaktuje nas ze znakomitym dźwiękowcem, Sławomirem Pietrzykowskim, który przygotowuje grupę do studyjnego wykonania utworów Kukulskiego. Wkrótce z nagraniami piosenek: “Pędzą białe konie chmur” (słowa Leliwy) oraz “Na tej Ziemi pozostać chcę” i “Co ja w tobie widziałam” (słowa Lecha Konopińskiego) Sławek prowadzi nas do ówczesnego kierownika Młodzieżowego Studia Rytm, Andrzeja Korzyńskiego. Żartobliwy utwór pojawia się na antenie radiowej i – jak piszą recenzenci – “rozpoczęło się prawdziwe szaleństwo”. Piosenka “Co ja w tobie widziałam” nadawana jest na życzenie słuchaczy po kilkanaście razy dziennie. Wygrywa wszystko, co jest do wygrania: listę przebojów Studia Rytm, plebiscyt 17 rozgłośni i wreszcie zostaje “Piosenką Roku 1970”. Ania zaśpiewała niezwykle czysto, zachwyciła wszystkich nieskazitelną dykcją i podbiła słuchaczy niecodzienną, ciepłą barwą głosu. Ogromny sukces! Przypomnijmy fragment tego utworu:
Piękne były dni bez ciebie Chłopcy kochali mnie Co zmieniło się już nie wiem Że bez ciebie mi źle Gdzie się taki znalazł Skąd się taki wziął Dziwna rzecz się stała Jak zrozumieć to
Co ja w tobie widziałam Po co mi taki ktoś Co ja w tobie widziałam Oczy usta czy nos(…)
11 kwietnia 1971 r. w poznańskim kościele św. Anny odbył się ślub Anny i Jarosława Kukulskich. Świadkami byli wujek panny młodej, Janusz Leliwa – Surmacewicz i Lech Konopiński. Niedawno na jednej z fejsbukowych grup, kogoś bojącego się wizyty u dentysty ktoś pocieszał słowami: Najtrudniejszy pierwszy krok, zanim innych zrobisz sto. Tak to jest – słowa piosenki znają wszyscy, ale zapewne niewiele osób wie, kto jest jej autorem. Zaśpiewany przez Annę Jantar w 1973 r. na Krajowym Festiwalu Piosenki Polskiej w Opolu utwór „Najtrudniejszy pierwszy krok” nie został wysoko oceniony przez jury, publiczność jednak pokochała go od pierwszego usłyszenia. Autorem tekstu był Wiktor Leliwa. Pod tym pseudonimem ukrywała się spółka Lech Konopiński i Włodzimierz Scisłowski. Obaj panowie przebywali w tym czasie w Domu Pracy Twórczej ZAiKS-u w Ustroniu Morskim, dokąd tuż po występie w Opolu przyjechali też Anna i Jarosław Kukulscy. Pan Lech wspomina: Jarek i Ania zjawili się w Ustroniu Morskim w niezbyt radosnych nastrojach. Sąd konkursowy w Opolu oceniał nasz przebój raczej średnio. Większość jurorów dała “trójeczki” i tylko Lucjan Kydryński pokazał “czwórkę”. – Nie przejmujcie się złośliwymi ocenami! Spróbujcie zasnąć, a rano pogadamy! – powiedzieliśmy. Niestety, próba zaśnięcia nie była zbyt udana: nasi bohaterowie nie zmrużyli oka, bo orkiestra pobliskiej “Ustronianki” na wyraźne życzenie publiczności i przy wtórze gości restauracyjnych nie przestawała grać “Najtrudniejszego pierwszego kroku”! Takiego ostrego wkroczenia nowego przeboju chyba dotychczas nie obserwowano! Jarek i Ania znaleźli się natychmiast w centrum zainteresowania; na nas nikt nie zwracał uwagi, bo przecież tekst napisał podobno jakiś Wiktor Leliwa. Oto fragment tego wielkiego przeboju Anny Jantar:
Chociaż to zdarzenie przeżył każdy z nas Chcę je opowiedzieć dzisiaj wam, hej, hej hej! Maj przystrajał ziemię w kolorowy płaszcz Gdy poznał się z panią pan
Najtrudniejszy pierwszy krok Zanim innych zrobisz sto Najtrudniejszy pierwszy gest Przy drugim już łatwiej jest
Wkrótce Anna Jantar nagrała longplay „Tyle słońca w całym mieście”, który rozszedł się w nakładzie 156 tysięcy osiągając w 1976 r. status Złotej Płyty. Kolejnym wielkim przebojem stworzonym przez Lecha Konopińskiego i Jarosława Kukulskiego była piosenka „Za każdy uśmiech twój”. Taki też tytuł nosił drugi krążek Anny Jantar, który również zdobył miano Złotej Płyty. To fragment tej pełnej optymizmu piosenki:
Świat ma tyle barw, Są tuż obok mnie. Weź ten piękny dar I przez życie nieś!
A wtedy… Za każdy uśmiech Twój Stubarwny lata strój Znów ci dam (…)
Za każdą radość dnia Mój kolorowy świat weź! Utwory z tekstami Lecha Konopińskiego były też wielokrotnie nagradzane na Festiwalu Piosenki Żołnierskiej w Kołobrzegu. W 1973 r. Nina Urbano zaśpiewała tam marszową piosenkę Filipa Nowaka z tekstem spółki autorskiej kryjącej się pod pseudonimem Wiktor Leliwa “Nie ma mocnych na żołnierza!”. Utwór ten został wybrany jako najlepszy spośród 245 piosenek i nagrodzony „Złotym Pierścieniem”. W rozmowie ze mną poeta z niechęcią wspomina odbywający się w 1981 r. XV Festiwal Piosenki Żołnierskiej, na który wspólnie z kompozytorem Adamem Wojdakiem stworzył utwór „Gdy Polska da nam rozkaz”. Organizatorzy zmienili tekst, nie uzgadniając tego z autorem. Zamiast „zgłosimy się do wojska, żeby wrogom spojrzeć śmiało w twarz”, wykonawca zaśpiewał: „żeby socjalizmu bronić wraz”. Piosenka została nagrodzona, jednak jej autor, na znak protestu, nie przyjął festiwalowego „Złotego Pierścienia”.
WALKA O HUMOR
Książkowym debiutem Lecha Konopińskiego był opublikowany w 1960 r. w Wydawnictwie Poznańskim tom wierszy ilustrowany przez Jacka Fedorowicza, a zatytułowany „Akcje i reakcje”. W utworze „Moje piętnastolecie” poeta pisze m.in. :
Wielem poświęcił (hej – łza się w oku!…) Walce o humor i cześć Polaków
W kolejnym wierszu z tego tomu zatytułowanym „Państwo i ja” znajdujemy jakby wciąż aktualne strofy:
Mam często w życiu różne kłopoty, Nikomu jednak nie mówię o tym.
Bowiem gdy trzeba forsę wybulić, Państwo dorzuca mi ze swej puli.
Gdy kupię węgiel na ciężkie mrozy – Państwo do tego węgla dołoży (…)
W 1971 r. w Wydawnictwie Poznańskim ukazał się tom „Rajskie jabłuszka” ilustrowany przez Maję Berezowską. Znalazło się w nim wiele fraszek o tematyce politycznej i obyczajowej – zabawnych, ale często gorzkich, ironicznych. Zacytujmy kilka. Poniższa mówi o biurokracji, o tym, że „papier wszystko przyjmie”:
W czym rzecz Rzecz nie w działaniu, Lecz w sprawozdaniu.
W tym samym tomie znalazła się jedna z wielu fraszek mówiących o obłudzie i zakłamaniu. O nadużywaniu wielkich, pięknych słów przez osoby nie mające do tego prawa:
Kuglarz Wprawdzie nieco ma przywar, Lecz honoru nie plami: Małe świństwa ukrywa Za wielkimi słowami.
Lech Konopiński jest zwolennikiem tradycyjnej, rymowanej, niosącej istotną treść poezji. Od lat porusza ten temat w wielu swoich utworach i bezpardonowo krytykuje kolegów po piórze. Przykładem jest poniższa fraszka:
Nowoczesna poezja Oto poezja przyszłych pokoleń! Będą nią dzieci zanudzać w szkole.
Można się domyślać, że podobne wypowiedzi nie zjednywały mu przyjaciół w świecie literackim. A krytyczne teksty o tematyce społecznej i politycznej mogły budzić niechęć władz, artysta nie mógł więc liczyć na ich hojność. Zapewne dlatego powstał ten utwór:
Los satyryka Kto szarga świętości Ten i w święta pości
Poeta bywa profetą. Dawniej wszyscy byli nastawieni raczej pozytywnie do rozwoju nauki, mieli zaufanie do jej przedstawicieli. Obecnie to podejście jest bardziej sceptyczne, zwłaszcza jeśli chodzi o medycynę. A Lech Konopiński już pół wieku temu apelował:
Do naukowców Chcecie mi przedłużyć życie? Wystarczy, że nie skrócicie!
A to utwór, w którym autor po mistrzowsku wykorzystał grę słów:
Lepiej i gorzej Lepiej, gdy jest gorzej, bo lepiej być może. Gorzej, gdy jest lepiej, bo może być gorzej.
Znamy z historii mnóstwo przykładów żywotów świętych, męczenników i bohaterów wojennych, którzy musieli przejść przez piekło w tym życiu, aby zyskać nieśmiertelną chwałę. O tym zjawisku mówi poniższa fraszka:
Próba Ludzkość tych synów lży i znieważa, których się potem czci na ołtarzach. Pewna młoda osoba powiedziała mi kiedyś, że miłość jest… straszna. W opowiadaniu Juliana Stryjkowskiego „Tommaso del Cavaliere” czytamy: „Może to prawda, że Eros to siła, która prowadzi do Boga, ale po drodze potrafili pogruchotać kości”. Tak, wielka miłość bywa siłą destrukcyjną. Lech Konopiński tak to ujmuje:
Pytanie Płomienie wielkiej miłości Liżą i pieką nas wściekle – I wciąż pytamy bezgłośnie: – W raju jesteśmy, czy w piekle?
Nie wszyscy panowie są jednak zdolni do przeżywania wielkich uczuć. Co nie znaczy, że uroda pań jest im obojętna. Bywają jednak monotematyczni:
Skromny Nie lubi mówić dużo o sobie. Bez przerwy mówi o wdziękach kobiet.
Fraszki o tematyce obyczajowej i erotycznej znajdujemy także w opublikowanym w 1980 r. tomie „Figlarne listki : kalendarz fraszek”. Ilustratorem książki był Stanisław Mrowiński. Tak pisał autor o panach, którzy wciąż szukają nowych wrażeń:
Mężowie i żony Nie powiedzą: – Dobra nasza, jeśli cudza ich zaprasza.
Wymiana doświadczeń Moich doświadczeń oddałbym wieniec Za twe, dziewczyno, niedoświadczenie.
I o paniach, które potrafią bezwzględnie wykorzystywać mężczyzn:
Złote runo By pani była dobrze ubrana, Należy najpierw – ostrzyc barana. A z wiekiem przychodzi refleksja:
Temat U progu starości miłość to też temat Lecz – co psu po kości, gdy już zębów nie ma?!
Wiele interesujących fraszek i aforyzmów znajdujemy w tomie „Śmieszne pretensje”, który ukazał się w 1981 r.
Anarchista Wojuje z władzą aż mu ją dadzą.
Znamy z życia wiele takich przykładów. Często ci, którzy najbardziej krytykują zwierzchników, robią to po to, aby zająć ich miejsce. I wcale to nie oznacza, że mają dobre pomysły, że będą rządzić lepiej od nich. Mijają lata, zmieniają się rządy, ustroje, ale pewne sprawy pozostają niezmienne. Rzeczywistość dostarcza autorowi przykładów i takich postaw:
Z życia zwierząt Groźny jest wilk w owczej skórze, groźniejsza świnia w ludzkiej posturze.
A to aforyzm o bardzo pesymistycznej, nie pozostawiającej złudzeń wymowie: Człowiek: zwierzę hodowane od tysiącleci w niewoli. I korespondująca z nim pacyfistyczna myśl, z którą jednak pozwolę sobie dyskutować: Nawet na wojnie żołnierze są sobie bliscy. Nienawidzą się wodzowie. Trudno zrozumieć dlaczego w (niby) cywilizowanym świecie wciąż wybuchają i toczą się wojny. Żyjemy tak krótko na tej małej planecie krążącej w otchłani wszechświata. Zagraża nam tutaj mnóstwo niebezpieczeństw: trzęsienia ziemi, powodzie, wulkany, dzikie zwierzęta, choroby, wirusy, bakterie itp. Ale nam to nie wystarcza, walczymy jeszcze między sobą. Miliony ludzi pozwalają się wysyłać na rzeź. A tych, którzy nie chcą zabijać i być zabijanymi (w imię nie wiadomo czyich interesów), oskarża się o tchórzostwo, pozbawia życia jako dezerterów. Być może obecnie więcej pieniędzy wydaje się na zbrojenia, niż potrzeba na wyżywienie wszystkich mieszkańców kuli ziemskiej. W tomie „Śmieszne pretensje” znalazły się również interesujące aforyzmy. Oto jeden z nich, oksymoroniczny, jakże trafny: Ciasnota umysłowa nie jest cechą pełnych, lecz pustych głów. Kolejna myśl może być bliska zwolennikom ekologii i ochrony środowiska, a jednocześnie zawiera kpinę z mało utalentowanego, ale mającego poparcie władz literata: To wielki pisarz! Jego dzieła pochłonęły pół hektara lasu. Minęło kilkadziesiąt lat od wydania tych książek, a ich treść nie przestaje być aktualna. Natura ludzka się nie zmienia. A dobra satyra nigdy się nie starzeje. Lech Konopiński jest także autorem kilku tysięcy haiku. Uważa jednak, że ten japoński gatunek wiersza nie tylko musi zawierać liryczną lub dowcipną treść i mieścić się w 17 sylabach, ale też powinien się rymować. Przyznam, że nigdy nie spotkałam się z rymami w haiku. Kto jednak zabroni poecie być twórcą tak zmodyfikowanej formy? Oto dwa przykłady haiku jego autorstwa:
Gdy brak jej pociech łzy kobiecie otrzecie brylantem w złocie
Miejcie na względzie że warto – służyć żartom choć mnie nie będzie
CO PO MNIE ZOSTANIE?
W wydanym w 1981 r. tomie „Śmieszne pretensje” Lech Konopiński zamieścił taką oto fraszkę:
Prośba do wieczności Niechże po mnie pozostanie Choćby jedno – własne zdanie
W 2022 r. byłam w łódzkim Teatrze Powszechnym na poświęconym Krzysztofowi Krawczykowi musicalu zatytułowanym „Chciałem być”. Przedstawienie kończy wielki przebój skomponowany przez Jarosława Kukulskiego do słów Lecha Konopińskiego „To co dał nam świat”. Wykonuje go grający główną rolę Mariusz Ostrowski. Publiczność wielokrotnie prosi o bis właśnie tego utworu. Lech Konopiński napisał go tuż przed śmiercią Anny Jantar, jakby przeczuł tragedię. Przypomnijmy fragment tej piosenki:
Mieliśmy dla siebie tyle chwil, przed nami otwierał się świat i anioł nadziei przy nas był, a los był z nami za pan brat.
Ty przyszłaś jak pierwsza letnia noc i wniosłaś pogodę w me dni, więc każdy odkryty szczęścia ląd, imieniem zwałem twym.
To, co dał nam świat, niespodzianie zabrał los, dobre chwile skradł, niosąc w zamian bagaż zwykłych trosk (…)
Autor tego tekstu nie może chyba jednak narzekać na swój los. Od kilkudziesięciu lat jest w szczęśliwym związku z żoną Hanną. Są bardzo dobrym małżeństwem i kochają się mimo upływu lat. Jest ceniony i lubiany przez czytelników, a także przez kolegów po piórze. Sam Jan Sztaudynger ujął swoją sympatię do niego w formę fraszki:
Bodaj każdy mój konkurent zdechł, lecz niech żyje Konopiński Lech!
A należący do Wielkopolskiego Oddziału Związku Literatów Polskich Lech Nawrocki, poeta, muzyk, emerytowany profesor Politechniki Opolskiej wspomina: Lecha Konopińskiego znam od niepamiętnych czasów, kiedy jako młody chłopak rozczytywałem się w jego fraszkach, aforyzmach i wierszach. Wtedy nigdy bym nie pomyślał, że mogę go kiedyś poznać osobiście i że – co więcej – zostaniemy bliskimi znajomymi oraz kolegami po piórze. Szybko znaleźliśmy wspólny język – zaczęliśmy darzyć się szacunkiem, sympatią i zaufaniem. Kiedy byłem redaktorem naczelnym czasopisma ZLP „Krajobrazy Kultury”, upoważnił mnie na przykład do dowolnego wykorzystania i wyboru jego tekstów w celu zamieszczania ich na łamach tego kwartalnika. Nasza więź może też wynika z faktu, że łączy nas nie tylko to samo imię, ale i data urodzin. Obaj urodziliśmy się bowiem 16 marca. Lech traktuje mnie jako powiernika, dzieląc się różnymi gorzkimi uwagami i opiniami, jakie ma pod adresem literatury i literatów. Chętnie też dzieli się ze mną radościami. Rozmawiamy o tym, że jest ciągle zajęty. Bo Lech Konopiński to jeden z niewielu tych, którzy nie znają słowa: emerytura. Pod tym względem, nie tylko jako aforysta i fraszkopisarz, jest dla mnie wzorem Człowieka i Twórcy. Fraszki i aforyzmy poznańskiego artysty nie są ostatnio publikowane i wznawiane. A szkoda, bo nawet te pisane kilkadziesiąt lat temu, są nadal zadziwiająco aktualne. Lech Konopiński może jednak być pewien, że zostaną z nami na zawsze jego piękne, „wiecznie zielone” piosenki. Że będą wehikułem czasu, który przenosi każdego z nas do jego własnych dobrych wspomnień.