Posts Tagged ‘Niedziela Palmowa’

Maria Duszka – wiersze

x  x x

 

powiesiłam w mojej szafie

twoją marynarkę

 

wszystkie moje ubrania

chcą być blisko niej

 

 

 

 

 

x  x  x

 

dzisiaj będę u ciebie

 

moje serce nade mną

jak skowronek

 

 

x  x  x

 

podobno miłość

wcześnie wykryta

jest uleczalna

 

więc nie śnij mi się

co noc

 

więc nie dzwoń do mnie

aby usłyszeć mój głos

 

 

x  x  x

 

pamięci moich bliskich

 

a wydawało się

że zawsze będą trwać

na tym rumiankowym podwórku

w tym ciepłym domu

w tym bezpiecznym łóżku

 

po kolei zdmuchuje ich czas

 

 

 

 

x  x  x

 

łąka pod lasem

 

niewidoczny chór świerszczy

pod batutą słońca

 

 

 

 

x x x

 

Słyszałem o pewnym mężczyźnie,

który słowa wymawia tak pięknie,

że może mieć każdą kobietę

jeśli tylko wypowie jej imię.

 

L. Cohen

 

nie mów do mnie

po imieniu

 

albo

 

licz się

ze skutkami

 

 

WSZYSTKO JEST CORAZ BARDZIEJ SZARE

 

ptaki śpiewały

swoje carpe diem

w płonących drzewach

tamtej jesieni

 

teraz

gdy coraz częściej ciebie

nie ma

nie podchodzę już do okna

pilnie robię cokolwiek

aby nie słyszeć ich śpiewu

aby zapomnieć

że zwykle tu byłeś

o tej porze

 

x  x  x

 

on jest

jasny

łagodny

i prawdziwy

jak dotyk

brzozowej gałązki

 

 

 

 

 

x x  x

 

kiedy siedząc po raz pierwszy

naprzeciw mnie mówiłeś:

„jak z nią rozmowa…”

byłam pewna

że przeceniasz moje i swoje możliwości

„przyjście letniego prorokując grzmotu…”

 

poznałam całe twoje dobro

i całe twoje zło

 

rozsądnie wyrzekłam się

spotkań i telefonów

 

zniszczyłam i wyrzuciłam

wszystkie drobiazgi

które mi dałeś

 

to miasto jest

coraz bardziej pełne ciebie

 

jestem jak liść

ledwie trzymający się gałęzi

 

huragan pcha mnie w twoją stronę

 

 

x  x  x

 

mówisz mi:

chcesz wszystkiego

 

a mnie wystarczy

popatrzeć w okno

na twoją stronę

i pomyśleć

że jesteś

 

 

x x x

 

z tobą

choć bez ciebie

budzę się i zasypiam

obieram jabłko

kupuję chleb

słucham muzyki

którą kochasz tak samo jak ja

 

z tobą bez ciebie

jadę 500 kilometrów

na północ i z powrotem

 

z tobą modlę się:

Panie

jeżeli możesz coś zrobić

w tej sprawie…

 

 

MIŁOŚĆ

 

nie widziałam cię wiele dni

 

stoisz teraz

naprzeciw mnie

jak morze

 

stoję przed tobą

bezbronna

 

 

 

x  x  x

 

zanim się pojawiłeś

wyśniłam twoje oczy

i całe niebo

lat z tobą

 

 

x  x  x

 

toczą się lata

okrągłe i puste

 

czekam na kilka letnich dni

 

dotyk twoich ust

musi mi wystarczyć

na następny rok

lub

na zawsze

 

krew w moich żyłach

zmienia się w oczekiwanie

tętni

i odwraca mnie

w twoją stronę

 

nie ma nic lepszego

niż twoje ramiona

 

 

 

x x x
kiedy się pojawiłeś

wielką ciszą wypełnił się mój dom

w milczeniu słuchaliśmy przepowiedni
„obudzimy się wtuleni…”

dzisiaj siedzimy wśród traw
słucham twojego monologu
najlepszej poezji
jaką znam

blisko twoje dłonie
daleko przed nami miasto
i dzieci puszczają latawce
„w południe lata”

 

 

WIERSZ O CZAJNIKU

 

stoisz za mną

obejmujesz mnie

mówisz:

„tak sobie stoimy

patrzymy

gotuje się woda

wygotowuje się

czajnik się przypala

pali się

przyjeżdża straż

gasi

mija dzień

drugi

mijają lata

a my tak sobie stoimy…”

 

nie znam mężczyzny

który upijałby się

równie pięknie

jak ty

 

 

x  x  x

 

jesień tonie w deszczu i mgle

 

nie opuszczasz moich myśli

 

łagodnie tonę

w twoich oczach

w twoich dłoniach

 

x   x  x

 

czasem zazdroszczę

psu

którego głaszczesz

 

 

 

 

 

 

 

MIŁOŚĆ OD PIERWSZEGO WEJRZENIA

 

rozmawialiśmy

 

o kilka kroków od nas

zatrzymał się mały

może czteroletni chłopiec

w żółto-granatowej kurtce

 

powiedział patrząc na ciebie

prawie pięćdziesięcioletniego mężczyznę:

„chodź tu”

 

nie przerwaliśmy rozmowy

 

po chwili chłopiec stanowczo powtórzył:

„chodź tu”

 

„dlaczego mam do ciebie iść?”

spytałeś

 

„bo ja mam tylko mamę…”

 

 

 

 

x  x  x


ktoś powiedział

że nie można być zrozpaczonym

kiedy się patrzy w niebo

 

na twoim pogrzebie

przez cały czas

obserwowałam chmury

 

nie należałam do tych kobiet

które miały prawo płakać


x x  x

 

fotografuję tę okolicę

tak

jak się całuje

ciało kochanego człowieka

– miejsce przy miejscu

 

 

 

PATRZ MI W OCZY!

 

Od lat przychodzi do tej szpitalnej biblioteki.

Emerytowany ekonomista: myślący – ateizujący – poszukujący.

Niedawno zginął w wypadku jego syn.

Nikomu jeszcze tego nie mówiłem, pani powiem.

To było półtora roku temu.

Wypożyczyłem książki w bibliotece powiatowej,

poszedłem do parku za urzędem miasta,

usiadłem na ławce, zacząłem czytać.

 

Po pewnym czasie przysiadł się do mnie.

 

Wyglądał jak trzydziestoletni mężczyzna –

miał jasnorude włosy i bródkę.

Zaczął ze mną rozmawiać, pytał co czytam,

zwyczajna rozmowa.

Nagle odszedł na chwilę na odległość paru kroków,

wrócił. Jego oczy płonęły jasnożółtym ogniem.

Patrz mi w oczy! – mówił. –Dlaczego mi nie patrzysz w oczy?!

 

Byłem przerażony, chciał się do mnie zbliżyć,

ale zrobiłem trzy razy znak krzyża –

z prawej strony, pośrodku i z lewej.

Nie mógł do mnie podejść bliżej niż na odległość sześciu metrów…

 

To był diabeł, to było półtora roku temu.

Nie mogę dojść do siebie, nie wiem co o tym myśleć.

To było ostrzeżenie?”

 

 

x x x

 

rodzina zmarłego

przed szpitalem

 

jak kruki na śniegu

 

 

x x x

wychodzą ze szpitala –

jedni z wyrokiem śmierci

inni z wyrokiem życia

 

x  x  x

 

zwykłe kobiety

rodzą dzieci

 

poetkom

Bóg plącze życiorysy

aby rodziły wiersze

 

 

MAŁYŃ

 

niewiele się tutaj dzieje

– wiewiórka zaogni się

na dachu starej stodoły

zbiegnie na brzozę lub orzech

 

w żywopłocie przy bramie

dorastają młode słowiki

 

stoją brzozy

w czasie i powietrzu

słońce uśmiecha się

 

jest spokój błękit i zieleń

niewiele się tutaj dzieje

 

 

 

 

 

x  x  x

 

po naszych latach i zimach

kłótniach

z oddawaniem i wyrzucaniem prezentów

powrotach na kolanach

północnych telefonach

 

po tych wszystkich imionach

które dla mnie wymyśliłeś

(nigdy nie mówiłeś do mnie po imieniu

„bo to byłoby zbyt intymne”)

zastanawiam się

dlaczego żadne z nas

nie odważyło się powiedzieć:

„kocham cię

nie rań mnie”

 

do końca byliśmy tchórzami

 

 

 

 

x  x  x

 

zostałam w domu sama

 

pławię się w ciszy i samotności

 

po godzinie mam ochotę zadzwonić do ciebie

aby ci opowiedzieć

jak dobrze czuję się sama w domu

 

 

 

x  x  x

 

powiedziałam ci przez telefon

że nudzą mnie rozmowy z tobą

 

(skłamałam

– milczysz od dwóch tygodni)

 

widzisz

jestem pojętną uczennicą

w twojej szkole

umiejętności zadawania ciosów

 

 

 

x  x  x

 

aby zmyć z siebie ciebie wykorzystuję

dłonie oczy usta innych mężczyzn wybieram się

z nimi w podróże dokądkolwiek posyłam im

listy i uśmiechy farbuję dla nich włosy które mi

przez ciebie posiwiały

gdy wracasz

obrażam cię

w nie wiem którym już z kolei ostatnim pożegnalnym

liście

żadnego postępu w zapominaniu

 

 

 

 

x  x  x

 

to miasto

jest ponoć złe

 

a ja lubię je

od kiedy patrzy na mnie

twoimi oczami

 

 

 

 

x  x  x

 

wczoraj odprowadzałam cię na dworzec

 

na peronie nieduży pies

głośno skamlał i wyrywał się do kogoś

stojącego już w pociągu

 

kiedyś przy naszych pożegnaniach

tak samo

choć bezgłośnie

rozpaczałam

 

wczoraj byłam zupełnie spokojna

 

postarzała się nasza miłość

 

 

 

 

SOPOT 2008

 

codzienny przemarsz –

poziomo chmur

pionowo deszczu

 

 

 

 

HANAMI

 

w czas kwitnienia wiśni

Japończycy

nie pracują

świętują

 

nawet w centrach wielkich miast

siedzą przez kilka dni

pod kwitnącymi drzewami

 

nie żal im upływającego czasu

 

siedzą dopóki płatki wiśni

nie opadną

 

nasyceni pięknem

wracają do pracy

 

na moim osiedlu

bez potrzeby wycięto

stary śliwkowy sad

 

sąsiedzi mówią

że teraz wreszcie

będzie tu porządek

 

nie będziemy drugą Japonią

 

 

 

 

 

x  x  x

 

leżę w lesie

 

brzozy błogosławią mnie

gałęziami

 

 

 

 

x  x  x

 

spojrzał w okno

w bardzo mglisty poranek:

„o, nie ma świata…”

 

 

 

x  x  x

 

modlitwa

– odpychanie ciemności

 

 

 

 

x  x  x

 

kiedy mamy umierać

(choć wcześniej mówiliśmy

że żyć nie warto)

świat nabiera barw

i wyrazistych konturów

jak lato w sierpniu

 

i wszystkie chwile

które były

i które jeszcze mogłyby być

mają nagle wagę i wartość

 

 

 

 

 

 

x  x  x

 

drzewa

– to co pozostało nam

z raju

 

 

 

 

 

 

 

x  x  x

 

dzień w podróży

 

nie otwieram książki

 

czytam świat

 

 

 

x  x  x

 

po dwudziestu dwóch latach

od początku

naszej miłości

rozmawiamy o mężczyznach

którzy prowadzą podwójne życie

– mają żony i kochanki

(bo ich na to stać)

 

pytam

czy chciałbyś tak żyć

jak oni

 

„myślę że chciałbym podwójną ciebie”

odpowiadasz

 

 

 

 

 

 

x  x  x

 

 

windą do nieba

do twojego mieszkania

na ósmym piętrze

 

 

x x x


masz w oczach

tyle nieba
kiedy patrzysz na mnie
przymykam powieki
i przyjmuję
jasną hostię
twojego spojrzenia

 

 

x  x  x

 

lubię wiedzieć

na czym stoję

 

nawet jeżeli to jest

dno

 

 

 

 

 

x  x  x

 

jak co wieczór

referuję ci przez telefon

wszystkie moje

uczynki wzloty i upadki

 

zaczynam od:

„wstałam o siódmej rano…”

 

wysłuchujesz

a potem mówisz:

„ja też dzisiaj wstałem o siódmej rano

wysikałem się

i poszedłem spać”

 

od lat nie potrafię rozstrzygnąć

kto z nas ma rację

 

 

 

 

 

x  x  x

 

czerwiec jest

jak

mieć osiemnaście lat

 

 

 

 

 

 

x  x  x

 

wiejski głupek

siedzi przy grobie matki

 

obejmując rękami kolana

i kołysząc się

powtarza:

mama w ziemi

ziemia w mamie…

 

 

 

 

 

WOLNY

 

pchał wózek z tekturą

jego wzrok był ponad

 

lump

z charyzmą

 

 

 

 

 

 

 

x  x  x

 

 

Który skrzywdziłeś człowieka prostego

śmiechem nad krzywdą jego wybuchając…

 

Czesław Miłosz

 

 

w roku 1980 mówili:

„walczymy o godność człowieka pracy”

 

w roku 2004

do bezrobotnych

którzy przyszli na spotkanie

w sprawie pracy

wychodzi mały dyrektor

niedużej firmy i mówi:

„potrzebuję pięciu samców

i pięć samic…”

 

 

 

 

 

 

x  x  x

 

 

na niepokój serca

modlitwa

jak lek nasenny

albo

myśl o twoich dłoniach

łagodnych

bezpiecznych

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

x  x  x

 

stoję przy oknie

 

oddaję się przestrzeni

 

zatrzymuję czas

 

 

 

DZIECIŃSTWO W SZADKU

 

kościół był  duży

a ja

mała

nic o gotyku

nie wiedziałam

 

pamiętam tylko

że niebieska

Matka Boska z Dzieciątkiem była

kolumny w niewyraźnych freskach

 

podwórko dziadków

całe w rumiankach

i bez w kącie podwórka

– co było dobre

wielkie było jak świat

a co złe

małe

jak na słońcu chmurka

 

dziś

gdy czasem jest źle

gdy do życia mija ochota

świecą w mojej pamięci

tamte dni

jak ze złota

 

 

x  x  x

zatrzymaj się

popatrz w okno

(tam

prawie zawsze

jest jakiś

wiersz

 

 

 

x  x  x

 

śpiew ptaków

w płonących gałęziach drzew

 

przemija lato

 

 

 

 

 

KTÓRZY DAJĄ BĘDZIE IM DODANE

 

„zawsze pracuję

najlepiej jak potrafię

dlaczego więc ciągle

cierpię niedostatek”

uskarżała się Bogu w modlitwie

 

następnego dnia otrzymała odpowiedź

najlepszą z możliwych:

„bądź hojna dla siebie i dla innych”

 

 

 

 

 

NIEDZIELA PALMOWA 2005 R. PO NARODZENIU CHRYSTUSA

 

„po tych słowach

skłonił głowę

i wyzionął ducha”

 

klękamy

 

mężczyzna przede mną

ziewa

 

 

 

 

 

 

GALERIA ŚWIAT

 

płatki śniegu

liście drzew

– żaden się nie powtórzy

 

Bóg jest perfekcyjnym artystą

 

 

 

 

 

 

x  x  x

 

budzę się

o czwartej nad ranem

 

w myślach ślad modlitwy

sprzed zaśnięcia

– aby mnie już tak nie bolała

każda chwila

twojej nieobecności

 

o czwartej nad ranem

przychodzi odpowiedź na modlitwę

– przypomina mi się fraza piosenki:

„która z miłości naszych

może właśnie jest już

tą ostatnią…?

 

 

 

 

 

 

x  x  x

 

przypadkowe spotkanie z tobą

 

jakby mnie Bóg

pogładził po policzku

 

 

 

 

 

 

 

MATKA

 

na sali szpitalnej

między kolejnymi

kroplówkami

narkozami

trepanacjami głowy

codziennie około trzeciej po południu

prosisz abym sprawdziła

czy obiad już się ugotował

„bo niedługo chłopcy wrócą ze szkoły”

 

pytam gdzie on się gotuje

„no tam”

odpowiadasz wskazując głową

w kierunku korytarza

na którym leżą inni chorzy oczekujący

na swoje operacje

 

w świadomości zostały ci już tylko

nasze twarze i imiona

 

i myśl

że jak co dzień

przez ostatnie czterdzieści lat

gotujesz dla nas obiad

 

 

 

 

 

 

x  x  x

 

słońce niedawno zaszło

 

w prostokącie mojego okna

na nieskończenie ciemnoniebieskim tle

błyszczy planeta Wenus

 

 

 

x x x

 

tyle już razy żegnałam tę miłość

 

przysypywały ją pożółkłe liście

rozdzielał nas czas

jak mgła

 

kiedyś przez całe lato

nie mogliśmy się odnaleźć

i myśleliśmy

– nic nas już nie uratuje

 

lecz nagle

opadają z niej zeschłe liście

rozpływa się mgła

 

nasze serca znów wysoko nad nami

i miłość znów zielona