Posts Tagged ‘Małyń’

„SADZIM NA ZADZIM”

🙂 „Sadzim na Zadzim” to popularne od lat w regionie poddębickim powiedzonko. Niedawno stało się hasłem reklamującym gminę Zadzim. Gminę z której pochodzę, w której leży moja wieś Małyń. Jak się niedawno okazało, w XVIII wieku w Zadzimiu mieszkali moi przodkowie.

Dzisiaj byłam na poranku autorskim w tamtejszym Zespole Szkół. Spotkałam się z uczniami klas trzecich gimnazjum. Zaprezentowałam im swoje wiersze, a oni przeczytali mi swoje – piszą je z inspiracji i pod kierunkiem polonistki, pani Doroty Jaszczak – Kasprzak. Spotkanie pięknie uzupełnił koncert zespołu wokalno – instrumentalnego „Gaudio” – jego opiekunką jest od lat pani Izabela Pietrasik, obecnie dyrektorka zadzimskiej szkoły.

A potem w Urzędzie Gminy bardzo miła rozmowa z panią Ireną Wawrzecką, która pełni funkcję zastępcy wójta. Zostałam obdarowana folderem poświęconym Krystynie Wituskiej i zakładkami do książek – jest na nich między innymi fotografia małyńskiego kościoła. Otrzymałam też na pamiątkę kubek. Oczywiście z hasłem reklamowym. 🙂

dscn2113

dscn2094

 

dscn2085

 

 

 

 

zakladka-do-ksiazki

Krystyna Wituska z Małynia

 

 

 

 

 

 

 

 

Nie mogłam nie odwiedzić zadzimskiego parku ze słynną aleją dereniową.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Maria Duszka : Wiersze

F R E I E N W I L L

To mój tomik wydany w 2012 r. przez Towarzystwo Przyjaciół Sopotu i Redakcję „Toposu”. Zawiera wiersze i anegdoty. Opisuję w nim poszczególne lat mojego życia – od 1960 do 2010 r.

Wiele osób pyta mnie, co oznacza tytuł tomiku. W 2010 r. byłam gościem festiwalu kultury polskiej Polnischersommer organizowanego przez niemiecki land Schleswig – Holstein. Mieszkałam wówczas w miejscowości Freienwill (co w języku naszych zachodnich sąsiadów znaczy „wolna wola”) w pobliżu Flensburga. Nazwa tej wsi od razu mi się spodobała i postanowiłam, że kiedyś wykorzystam ją literacko. Zrobiłam to dwa lata później – zatytułowałam tak mój tomik wierszy.  

 

 

 

motto : Świat jest Mały(ń)

 

 

 

 

 

 

 

1960

 

moja mama

wydała mnie na świat

 

(urodziłam się

w najokrutniejszym miesiącu

 

urodziłam się poetką

w rodzinie rzeźnika)

 

moja mama jest dobra

łagodna

i prostolinijna

jak dziecko

 

nie mogę jej mieć za złe

że mnie wydała światu

 

 

 

 

 

 

 

1961

 

mam ciepłą trawę pod stopami

i idę w kierunku słońca

 

babcia uczy mnie chodzić

w świętej brzezinie

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

1962

 

nic nikomu nie mówiąc

wybieram się na spacer w pola

 

gubię się po raz pierwszy w życiu

– w zbożu

 

 

 

 

 

 

 

 

1963

 

 

rodzą się bracia bliźniacy

 

stworzą samowystarczalny

krąg towarzyski

 

półnadzy

opaleni

będą biegać boso

po piaszczystej drodze

i nazywani będą abisyńczykami

 

 

 

 

 

1964

 

mój wujek

kiedyś stanie się alkoholikiem

i zobaczy demony

 

teraz

jest młody

dużo mówi

ma bezbronną twarz

i otwarte serce

 

pewnego słonecznego dnia

zbyt szybko wjeżdża końmi

na ścieżkę na której stoję

 

widzę nad sobą kopyta

a potem

nic nie pamiętam

 

 

 

 

 

1965

 

dziadek wyplata mi wianki

z modraków i koniczyny

uczy mnie pieśni religijnych

i żołnierskich

 

ma dla mnie miłość i czas

 

 

 

 

 

 

 

 

1966

 

moja pierwsza fotografia

 

siedzę na małym rowerku

na szadkowskim

pachnącym rumiankiem podwórku

 

uśmiecham się

z lekkim smutkiem w oczach

 

za chwilę

będziemy jeść

prosto z plastra

jeszcze ciepły miód

 

 

1967

 

zanim zapali się lampę naftową

jej zadymiony klosz

trzeba co wieczór wyczyścić gazetą

 

w niedzielę

tata zaprowadził mnie do wiejskiej biblioteki

 

wracałam niosąc pełne cudów książki

 

 

 

 

 

 

 

1968

 

do starej nieużywanej stodoły mojego dziadka

nagle trafiły skarby:

to znajomy handlarz schował w niej przedmioty

które kupił

od opuszczających w pośpiechu Łódź Żydów

 

mogłam do woli buszować

i wybierać sobie książki:

Przygody Koziołka Matołka

Wicek i Wacek podczas okupacji

Niewiarygodne przygody Marka Piegusa

 

wiele lat później będę robiła wywiad

z żydowskim poetą

urodzonym w Łodzi

a mieszkającym w Nowym Jorku

 

powie mi

że mieszkał w różnych częściach świata

ale najlepiej czuje się w na Piotrkowskiej

 

 

 

 

 

1969

 

w domu znalazłam starą powieść

– była bez okładek

i zaczynała się od słów

„Wierny Soroka wiózł swego pułkownika…”

 

miałam szczęście –

akurat była pełnia

księżyc świecił

prosto na moje łóżko

i mogłam spokojnie czytać

nie marnując prądu

 

 

 

 

 

 

 

 

1970

 

co mają wspólnego

perły i kakao

zastanawiałam się

słuchając Maryli Rodowicz

w niebieskim tranzystorowym

radiu „Sylwia”

 

nie wiedziałam jeszcze

że jest poezja

i jest Gałczyński

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

1971

 

stoję z moimi braćmi na progu

 

po drugiej stronie podwórka

drewniana stodoła

z deskami aksamitnymi

od słońca deszczu i wiatru

 

za nią jest łąka rzeka i droga

za nią jest świat

 

jeszcze nie wiem

że gdziekolwiek będę

będę tęsknić za Małyniem

 

to podwórko

łąka

rzeka

na zawsze przesłonią mi świat

 

 

 

 

 

 

1972

„Skąd się biorą poetki?”

 

                                      B.

 

byłam dziewczyną

z niedobrego domu

 

ale z podwórza wychodziło się

do świętej brzeziny

 

ale przez okno

podawała nam swoje kwiaty

bujna

czerwona róża

 

a mama

często nuciła piosenki

(powiedziała mi kiedyś

że chyba zwariowałaby

gdyby nie mogła śpiewać)

 

wszystko obróciło się

w poezję

 

 

 

 

1973

 

nie pamiętam

pani Wisławo

co się działo 16 maja 1973 roku

 

ale pamiętam dokładnie

co się działo trzy dni później:

przeprowadziliśmy się z domu

pod brzozowym lasem

do domu nad stawem

 

wieczorem zasypiając

na ułożonym prowizorycznie

na podłodze sienniku

nie wiedziałam dlaczego

płaczę

 

 

 

 

 

 

 

 

1974

 

ja jedną tylko

taką jesień miałam w życiu

 

świat był bliski

i bezpieczny

 

potem runął

 

……………………………………………………..

 

Sylwestrowy pogrzeb mojego dziadka

– jakże to pasowało do niego

który uwielbiał bawić się życiem

 

wieczorem w tv „Romeo i Julia”

z piosenką Wandy Warskiej i Norwida

„Nad Kapuletich i Montekich domem…”

 

niedobra wróżba

na wiele najbliższych lat

 

 

 

 

 

 

 

1975

 

znalazłam się

w niewłaściwym miejscu

w niewłaściwej chwili

zobaczyłam

czego nie chciałam zobaczyć

powiedziałam

czego nie chciałam powiedzieć

 

podszedłeś do mnie po trzech dniach

 

ale ja zdążyłam już przejść

na drugą stronę lustra

i nie mogłam zmartwychwstać

 

 

 

 

 

 

1976

 

„czy wiesz

że to bez ciebie życie

nie jest już życiem…?”

 

głos Ewy Demarczyk

to było jedyne piękno

jakie do mnie wtedy docierało

 

 

 

 

 

 

 

1977

 

w wakacje

budowałam pod Niskiem

nasyp kolejowy

 

im bardziej bolało mnie ciało

tym mniej bolała dusza

 

nikt mnie nie kochał

i ja nie kochałam nikogo

 

 

 

 

 

 

1978

 

nie miałam

już nic

do zwątpienia

 

 

1979

 

z czego

składa się

samotność?

 

z pustki

 

 

 

 

 

1980

 

wszyscy stoją w kolejkach

– po cokolwiek

 

nie ma takiej kolejki

w której ja chętnie bym się ustawiła

– po sens życia

 

 

 

 

 

 

1981

 

 

We Wrocławiu na Ruskiej

zobaczyłam po raz pierwszy w tv

legendarnego

(bo właśnie przeskoczył przez płot)

przywódcę

 

na wyrażoną przeze mnie wątpliwość

moja ciotka zareagowała

z całym impetem

swojego ciała i ducha

 

ale to nie przeszkodziło mi myśleć

samodzielnie

 

 

 

 

1982

 

Bóg jest bezbronny

ze swoją

miłością?

 

 

 

 

1983

 

rodzi się moja córka

i ”nie ma wody na pustyni”

 

przyjeżdżasz na urlop

do domu pod brzozowym lasem

 

i zostajesz w moim życiu

na najbliższe ćwierć wieku

 

 

 

 

 

 

1984

 

 

z tego roku pamiętam tylko

dzień w którym byłeś

 

siedzieliśmy milcząc pod jabłonią

trzymałeś na kolanach

mojego dwuletniego syna

a to nie mogło się podobać

twojej mamie

 

dlatego zobaczymy się dopiero

po czterech latach

 

 

 

 

1985

 

kamorze

– powiedział poważnie mój syn

gdy oboje po raz pierwszy

zobaczyliśmy Bałtyk

 

 

 

 

 

 

 

1986

 

w kwietniowy dzień

szłam piaszczystą wiejską drogą

w pachnącym powietrzu

w kierunku zachodzącego słońca

 

trzymałam za ręce moje dzieci

„ładne jak jabłuszka”

jak mówiła sąsiadka

 

i odważyłam się pomyśleć

(tylko przez chwilę)

że jednak ten świat bywa cudowny

 

w ciągu następnych dni zaczęły nadchodzić

pełne sprzeczności wiadomości

o wybuchu w elektrowni atomowej

 

nie dla mnie pozytywne myślenie

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

1987

 

ja

kochająca ciszę i dal

rozległe pola i lasy

 

ja

uwięziona na balkonie

z pelargonią

 

 

 

 

 

 

1988

 

 

weszłam

po raz drugi

do tej samej rzeki

 

 

 

 

 

 

 

 

1989

 

każdy system jest taki

jacy są ludzie

którzy go tworzą

 

przyszła wolność

 

ale zabrakło

mądrości i dobroci

 

 

 

 

 

 

1990

 

 

 

Słyszałem o pewnym mężczyźnie,

który słowa wymawia tak pięknie,

że może mieć każdą kobietę

jeśli tylko wypowie jej imię.

L. Cohen

 

nie mów do mnie

po imieniu

 

albo

 

licz się

ze skutkami

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

1991

 

 

 

Panie Boże

nie musisz nas

sprowadzać na dobrą drogę

strasząc i karząc nas

trzęsieniami ziemi

powodziami

tsunami

 

wlej tylko

w nasze serca

trochę więcej miłości

a stworzymy na Ziemi raj

 

 

 

 

 

 

 

1992

 

Znajomy mojego taty przekonywał go, że ludzie którzy często chodzą do kościoła i dużo się modlą, są gorsi od tych, którzy do spraw wiary podchodzą z umiarem. Mój tata na to:

– Nie wiadomo jacy by byli, gdyby się tak często nie modlili.

 

 

 

 

 

 

 

1993

 

Nie lubi mówić jej komplementów. Boi się, że dodadzą jej pewności siebie.

Kiedyś nieopatrznie rzuca, że podobają mu się jej usta.

Po chwili przychodzi refleksja: „No, tak! I teraz będziesz nosiła usta na patyku. Żeby wszyscy widzieli.”

 

 

 

 

 

 

 

 

1994

 

 

napisałam wiersz o oknie

z najmilszym mi widokiem na las

 

okno zamurowano

las wycięto

 

moja córka mówi:

nie pisz o mnie wiersza

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

1995

 

brzozy rosną na dachach

zrujnowanych fabryk

 

Łódź – zabite miasto

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

1996

 

to był piękny październik

– Szymborska właśnie otrzymała Nagrodę Nobla

 

do mnie codziennie przychodził

pijany kryminalista

 

twierdził

że mnie kocha

i jeśli z nim nie będę

to zabije mnie i siebie

 

radziłam aby zaczął od siebie

nie zauważał dowcipu

 

policjanci mówili mi

że mogą mu coś zrobić dopiero

kiedy mnie zabije

 

vip od kultury stwierdził:

„nic dziwnego

że panią to spotyka

skoro pisze pani takie wiersze”

 

jeden z wielu moich braci oznajmił:

„musisz liczyć na siebie”

 

mężczyzna mojego życia

o którym pisałam

moje najlepsze wiersze powiedział:

„mnie to omija

bo ja jestem tu

a to się dzieje tam”

 

a Pan Bóg uświadomił mi

właśnie wtedy

że oczekuje ode mnie wdzięczności

za życie takie

jakim ono jest

 

żyję

 

jestem wdzięczna

 

wielbię moją samotność

 

 

 

 

1997

 

dobry jest taki mężczyzna

który nie chce mnie

zabić

okraść

albo przejść

na moje utrzymanie

 

 

 

 

 

 

 

1998

 

 

Tętniak w głowie mojej mamy pękł 13 maja w piątek. Po kilku operacjach, święty Antoni kazał mi jechać po zioła do bonifratrów.

– Kto ci kazał?! Ty się lepiej nikomu do tego nie przyznawaj! – radzi mi rozsądnie moja córka, gdy opowiadam jej o tym pół roku później.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

1999

 

 

„nienawidzę kobiet

jestem kobieciarzem

jestem cnotliwym facetem”

przedstawiał mi się dzień po dniu

 

 

„ten pan jest poetą –

chociaż on o tym nie wie”

powiedziała o nim

nasza wspólna znajoma

 

 

 

 

 

 

 

 

2000

 

 

mam głowę w chmurach

mam wiersz w głowie

niekończący się wiersz o tobie

 

 

 

 

 

 

 

 

 

2001

 

 

Po zdjęciu gipsu przez trzy miesiące musiałam chodzić o kulach. Lekarze nie wiedzieli dlaczego. I nie potrafili powiedzieć, czy w ogóle będę chodzić samodzielnie.

„Jest pani zbyt wrażliwa, żeby pani zakładać gips” – usłyszałam wreszcie diagnozę ortopedy.

 

 

 

 

 

 

 

 

2002

 

zalogowałeś się

w mojej głowie

 

chodzą za mną

twoje łagodne słowa

 

nasze głosy

całują się

przez telefon

 

 

 

 

 

 

 

2003

 

Rozmowa telefoniczna na dobranoc:

– Trzymaj się!

– Czego?

– Mojej miłości.

 

 

 

 

2004

 

Byłam na imprezie literackiej w krakowskiej Jamie Michalika. Jednym z gości był prezes krakowskiego oddziału Stowarzyszenia Pisarzy Polskich. Właśnie wrócił ze Stanów Zjednoczonych i dzielił się z nami wrażeniami z tej wyprawy. Opowiadał między innymi o tym, że na jednym ze spotkań polonijnych, pewien emigrant uskarżał mu się: „Wiesz, tutaj jest tak, że jeśli komuś wiatr zerwie dach z domu, to od razu przychodzi dwudziestu sąsiadów do pomocy. Ale pogadać nie ma z kim…”

Siedzący obok mnie starszy pan skomentował cicho: „A u nas odwrotnie.”

 

 

2005

 

 

„mam dość ciebie

i tego miasta”

wykrzyczałam ci kiedyś w złości

 

„a tyle pięknych chwil tu przeżyłaś”

odpowiedziałeś spokojnie

 

 

 

 

 

 

 

2006

 

co się stało z naszą szkołą?

 

puste klasy

wybite szyby

– wygląda jak po wojnie

 

nienaruszona stoi tylko

ta metalowa barierka

na której po raz pierwszy

pocałowałeś mnie

nie całując

 

 

 

 

 

 

 

2007

 

POLSKI PARNAS ALBO WIELKI CZŁOWIEK BEZ LODÓWKI

 

Szłam z pracy i myślałam o tym, że zepsuła mi się dwudziestopięcioletnia lodówka i nie mam za co kupić nowej.

Spotkałam znajomą, która powiedziała mi, że córka jej koleżanki przygotowuje na mój temat prezentację maturalną pod hasłem: „Wielcy ludzie naszej małej ojczyzny”.

Szłam do domu myśląc o tym, że nie mam za co kupić nowej lodówki.

 

 

 

 

 

 

2008

 

miłość

to było dla ciebie

„okropne słowo

które oznacza

pieprzenie i zniewolenie”

 

miłość

to było słowo

którego nie wymawiałeś

 

powiedziałeś mi tylko kiedyś:

„przychodzenie tutaj

sprawia mi przyjemność

nieprzychodzenie tutaj

sprawia mi ból”

i

„niech tak będzie

dopóki tak jest”

 

wczoraj otrzymałam książki

które zostały po tobie

 

na wierzchu

leżał wybór wierszy Majakowskiego

„Kocham”

 

 

 

 

 

 

2009

 

enjoy Graz

 

alpejskie powietrze

na Jakominiplatz

 

wysoko na murach Schlossbergu

transparent z napisem:

„Katja I love You”

 

kelner głaszczący psa

w kawiarni na rzece Mur

 

sen o tobie

zmarłym przed miesiącem

– masz zimne ciało

i uskarżasz mi się:

„przez cały czas mam poniżej zera stopni”

 

oczy mężczyzny

żebrzącego pod Billą

 

DNA serca myszy

na dnie eppendorfki*

 

i moja córka

rozkładająca ręce jak wachlarz

gdy objaśnia mi znaczenie nazwiska

swojego kolegi Straussa słowami:

„bukiet strusi”

 

 

* eppendorfka to rodzaj małej probówki laboratoryjnej

 

 

 

 

 

 

 

2010

 

 

PolnischerSommer

– festiwal chmur i tęcz

przelotnych opadów

i uśmiechów słońca

 

centrum Hamburga tętniło muzyką

i spokojnie kwitły słoneczniki w Szlezwiku

 

przeciw cieniom samolotów

w Bundesfeiertag

 

na przekór szalonemu wiatrowi

na nadmorskich wrzosowiskach

 

przeciw odwiecznej polsko-niemieckiej

– nasza pokojowa misja poetycka

 

Marek Marciniak przełożył kolejne moje wiersze na język angielski.

Tym razem cały  tomik pt. „Galeria Świat”. Dziękuję serdecznie, Marku!
THE GALLERY WORLD

(AUTHOR) Autorka : Maria Duszka, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza 2007
(TRANSLATOR) Tłumacz: Marek Marciniak

x x x

we still know nothing

we are like children
standing at the doorstep

 

x x x

today I will visit you

my heart is above me
like a lark

 

THE QUESTION

For Sławek

we parted without words
time accustoms itself to loneliness

only when I come here
birches
jasmines
grass and mulleins
are asking
what I am doing here
without you

 

x x x

standing by the window
I surrender to space
I stop the time

 

x x x

before I met you
I liked only
that birch wood
the meadow
the dark sappy strip of alders
and the tender air above them

they sufficiently fulfilled
my need
to admire something

and you came
obscuring the trees
the meadow

with peace and indifference
equalling theirs
you accept my love

 

x x x

I was at the bottom
many times

I was deep
then saved by the Lord

He sent for me
when I was at the bottom

 

x x x

I lie in the forest

birches bless me
with their branches

Małyń 1997

 

x x x

the first love
like a lightning
shows an open sky

then darkness
for long

 

 

 

x x x

for heart anxiety
a prayer
like a sleeping pill
or
a thought of your hands
so gentle
so safe

 

x x x

„Everything is more and more grey now… „

K.

the birds sang
their „carpe diem”
in burning trees
that autumn

now
when you are absent
more often
I do not approach the window
urgently I do anything
not to hear their singing
to forget
that you usually were here
at that time

 

x x x

„What is smaller or bigger than a hand touch…”

Paul Eluard

it’s been a year

you would come cold in the snow
asking
what did you do with me
and you – with me…

I watched the night lamp
x-raying your eyes from aside
we would listen
„do not be afraid of love…”

I would observe you come
and go

it’s been a year

with the hand touch
as clean and light as snow
you wake light in me

 

 

x x x

A village fool
sits at his mother’s grave
taking his knees in hands
swinging
he repeats:
„mum in ground
ground in mum…”

 

x x x

you tell me
you want everything

and I just want to live
in your heart
as if it were a safe home

 

 

x x x

when sitting facing me
you said „ as the talk to her…”
I was sure
you overestimated your and my abilities
„propheting the coming of summer thunder”

I learned all your good
and your evil

wisely did I reject
meetings and telephones

I destroyed and threw out
all the little things
you gave me

this town is more and more full of you

I am like a leaf weakly sticking to the branch

the hurricane pushes me in your direction

 

x x x

sometimes I envy
the dog
which is petted by you

 

x x x

a prayer:
pushing off the darkness

 

x x x

you wise astronomer
why did you share with us
your knowledge
that the earth is
a revolving
sphere
in the sky abyss

we would be calmer
having
under our feet
a motionless
flat sphere
of undefined thickness
(even if protected
by Atlas’ shoulders)

 

x x x

the most faithful reflection of the world
is not the face
of evil
or good
nor is it the face
of the one
who knows
almost everything
but
it is the face of an idiot

 

x x x
in my wardrobe I hanged
your jacket

all my clothes
want to be close to it

 

x x x

when we are to die
(though earlier we said
it was not worth living)
the world takes colours
and clear contours
like a summer in August

and all the moments
which were
and which still could be
are suddenly highly valued

 

x x x

birds sing
in the burning branches of trees

summer is gone

 

x x x

to wash off you from myself I use the hands eyes lips
of other men I take trips with them to anywhere
send them letters and smiles dye my hair for them
which turned grey beacuse of you and when you are back
I mock you and offend you with my last (which one?)
farewell letter
no progress in forgetting

 

x x x

trees are
what was left for us
from paradise

 

x x x

when you met me
the house was filled
with great silence

silently we listened to the prophecy
„we will wake up nestled…”

today we sit among grass
I listen to your monologue:
the best poetry
I know

your hands
and herbs
so close

far ahead of us
a town
kids playing kites
„ at the summer noon…”

 

x x x

grey colour has many shades

I noticed it recently
in your eyes

 

x x x

autumn is drowned in rain and fog

you do not leave my thoughts

I drown peacefully
in your eyes
in your hands

 

x x x

you tell me
you want everything

for me it is enough
to look through the window
on your side
and think you are here

 

x x x

after twenty two years
from the beginning of our love
we talk about men
who are running double life
they have wives and mistresses
(they can afford it)

I ask
would you like to live
like they do

„I think I would like you doubled”,
you answer

 

x x x

a lift to heaven

to your flat
on the eighth floor

 

x x x

common women
give birth to children

God muddles up CVs
of poetesses
so that they give birth
to poems

 

x x x

every evening
I report by phone
to you all my actions
ups and downs

I start from „ I got up at 7 AM…”

you listen
and then you say
„I also got up at 7 AM today
I went to the bathroom
and went to sleep”

it’s been years since I cannot decide
which one of us is right

 

x x x

I like to know
the place I am standing

even if it is
a bottom

 

x x x

June is
like
being eighteen years of age

 

„TO THOSE WHO GIVE MUCH WILL BE GIVEN”

„ I always work
as best as I can
why then I always
suffer from paucity”,
she complained to God in her prayer

next day she was given a reply
the best reply of all possible
„be generous for yourself and for the others”

 

x x x

stop
look through the window
(there is
nearly always
a poem
down there)

 

NEARLY EVERYBODY TURNED THEIR BACK

it was a beautiful October
Szymborska won the Nobel Prize

every day I was visited
by a drunk criminal
he claimed to love me
and if I were not with him
he would kill me and himself

I advised him to start off killing from himself
he seemed not to have noticed the joke

the policemen said
they could start an action against him
only when he killed me

a VIP from cultural department said
„no wonder you face those problems
when you write such poems”

one of my man brothers said
„you have count only on yourself”

the man of my life
of whom I wrote about
my best poems said
„ I am not involved
as I am here
and it happens there”

and God made me aware
just then
that He wants gratitude from me
for the life
as it is

I live

I am grateful

I worship my loneliness

 

 

PALM SUNDAY, 2005 AFTER THE BIRTH OF CHRIST


„ with that He bowed His head
and gave up His Spirit”

we kneel

the man in front of me
yawns

 

THE FREE MAN

he pushed his wheelbarrow with cardboard
his eyes were beyond that

the ragamuffin with charisma

 

x x x

„ you who wronged a simple man
bursting into laughter at the crime”

Czesław Miłosz

in 1980 they said
„we fight for workers’ dignity”

in 2004
to the unemployed
who came
for a job interview
enters a little director
of a small company and says
„ I need five himbos
and five cows…”

 

x x x

Let’s fight one another,
Poles

our neighbours
(enemies)
already
(again)
are rubbing their hands

 

x x x

you are getting sober:
hold me tight
coz I feel
I am becoming
a human garbage

 

x x x

why do we multiply?
why do we produce weapons
on our planet Earth?

 

THE CICUTA OF KNOWLEDGE

he said before his death
„life is so
that those
who take it from us
are our benefactors”

then,
Socrates,
what
with our parents?…

 

x x x

my mother delivered me
to the world

my mother is good
gentle
and simple
like a child

I cannot blame her
that she turned me in
to the world

Małyń 1986


LOVE AT FIRST SIGHT

we talked

in a distance from us
a little four-year-old boy
wearing a yellow/navy-blue jacket
stopped

looking at you,
a man approaching fifty,
he said „come here”

we did not stop talking

after a while the boy strongly repeated
„come here”

„why should I come to you?”,
you asked

„coz I have only my mummy”

 

AFTER 20 YEARS OD LIVING IN SIERADZ

a Sunday afternoon

acacias and clovers in full bloom

their smell takes me
to a different time and place
causing pain

I will never be „from here”

 

THE GALLERY WORLD

snow flakes
tree leaves
none of them is repeated

God is a perfect artist

 

x x x

I am left at home alone

submerged in silence and solitude

after an hour
I feel like phoning you
to tell you
how well I feel at home alone

x x x

he is bright
gentle
and true
as a touch
of a birch twig

 

LOVE

I have not seen you for many days

you are standing now
facing me
like a sea

I am standing facing you
helpless

 

x x x

before you turned up
I had dreamt off your eyes
and all the heaven
of years shared with you

 

x x x

years rolling on
round and empty

I wait for a few summer days

a touch of your lips
must suffice
for the next year
or for good

the blood in my veins
changes
into waiting
pulsating
and turning me
in your direction

nothing better
than your arms

 

x x x

you gave me love
like a storm
like a sharp knife

you gave me love

full of light and air

 

x x x

I wake up
at four AM

in my thoughts a trace of a prayer
from before going to sleep
so as not to suffer
from each moment
of your absence

at four AM
an answer for a prayer comes
reminding me some lines of a song:
„ which one of our loves
is just
the last one…?”

 

x x x

so many times
I kissed this love goodbye

it was covered by yellow leaves
it was parted by our time
like a fog

one summer
we could not find ourselves
and thought
nothing could save us

but suddenly
dry leaves leave it
the fog is gone

our hearts again high above us
and our love is green again

 

x x x

I told you on the phone
I am bored with talks to you

(I lied,
you have been silent for two weeks)

you see
I am a clever student
in your school
of dealing blows

 

x x x

he looked through the window
in a very foggy morning
„oh, the world is gone…”

 

x x x

meeting you accidentally

as if God
petted me on the cheek

 

x x x

I am woken up
by a steady rainy blues

an autumn morning

 

x x x

a day in my travel

I do not open a book

I read the world

 

x x x

the Lord has done
great things for me

He gave me a sandy road
in a field with birches
a blackthorn
and wild roses
a wanderer with eyes
of a clear sky
a cordial arnica
and field pears

I can go where
only sky
field and wind exist

 

x x x

in memory of people close to me

and yet it seemed
they would last forever
in that chamomile yard
in that warm house
in that safe bed

they are blown out by time – one by one

 

A MORNING

in memory of Zbyszek Dominiak

I am afraid to open my eyes
I am afraid to open the curtains

the world is a scorpion

 

x x x

when cherries bloom
the Japanese
do not work
they celebrate a holiday

even in big town centres
they sit for several days
under the blooming trees
feeling no pity for elapsing time
they sit until cherry petals are gone

filled up with the beauty they go back to work

at my housing development
an old plum orchard
was cut down unnecessarily

the neighbours say
it will be order here at last
we will not be a second Japan

 

MOJA MAŁA OJCZYZNA czyli ŚWIAT JEST MAŁY(-Ń)

W piątek 25 listopada wspólnie ze Zbyszkiem Paprockim wystąpiłam na spotkaniu autorskim podczas finału XI Powiatowego Konkursu Recytatorskiego „Moja Mała Ojczyzna” organizowanego przez Powiatową Bibliotekę Publiczną w Poddębicach. Bardzo mi miło, że każdego roku jestem zapraszana na tę imprezę. Bo wprawdzie od 25 lat mieszkam w Sieradzu, ale duchowo, biologicznie, energetycznie, fizycznie, metafizycznie czuję się związana z Małyniem, wsią,  z której pochodzę. A Małyń leży właśnie w powiecie poddębickim.

http://www.pbppoddebice.pl/modules.php?op=modload&name=News&file=article&sid=166&mode=thread&order=0&thold=0